Iwona Wojtczak-Grzesińska dołączyła do zespołu Stowarzyszenia Otwarte Drzwi w 1997 roku i od razu zafascynowało ją to, w jaki sposób można pomagać potrzebującym, nie opierając się jedynie na istniejących i często niewystarczających systemach wsparcia. Trafiła do SOD-u dzięki swojej dawnej uczennicy. Do dzisiaj wspomina, że o jej pracy w Stowarzyszeniu zadecydował… garnek z wrzątkiem.
Od ponad 20 lat jest pani częścią zespołu, który zmienia świadomość społeczną Warszawiaków. Jak rozpoczęła się pani przygoda ze Stowarzyszeniem Otwarte Drzwi? –
– Historia, o tym jak znalazłam się w Stowarzyszeniu Otwarte Drzwi i można powiedzieć, od razu zakochałam się w tym, co ludzie tworzący tę organizację starają się zmienić, to już prawie anegdota (śmiech). Wielu członków Stowarzyszenia, naszych beneficjentów – czyli osób, które wspieramy – zna ją bardzo dobrze. To było w październiku 1997 roku, więc tuż po drugiej rocznicy założenia stowarzyszenia. Trafiłam do SOD-u za sprawą jednej osoby z niepełnosprawnością intelektualną. Wcześniej wiele lat pracowałam w zespole szkół specjalnych i tam pani Wiesia była przez trzy lata moją uczennicą. Była to osoba, która doświadczyła bardzo wielu ograniczeń w życiu i bardzo wielu krzywd. Jej poziom funkcjonowania poza niepełnosprawnością intelektualną, takiego emocjonalno-społecznego był zaburzony w bardzo wysokim stopniu. Miało to już charakter psychiatryczny. Pani Wiesia, kiedy skończyła naszą szkołę, trafiła do stowarzyszenia Otwarte Drzwi, do pani Ani Machalicy-Pułtorak poszukując miejsca, w którym będzie czułą się dobrze. Wkrótce po tym, pani prezes zorganizowała grupę osób z niepełnosprawnością, które zaczęły docierać do stowarzyszenia, zaprosiła ich na wycieczkę do swojej chaty w górach, bardzo wysokich na Makowicy. Wśród uczestników tej wyprawy była właśnie pani Wiesia. W trakcie wypoczynku zdarzył się wypadek. Podczas jakiegoś nieporozumienia między panią prezes a panią Wiesią, moja dawna podopieczna złapała garnek z gorącą wodą i rzuciła nim w stronę Anny Machalicy. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Kiedy usłyszałam o tym, jak zachowała się pani Wiesia, to mnie to w ogóle nie zaskoczyło. Wiedziałam dokładnie, z jakimi zaburzeniami mierzy się moja dawna uczennica. Kiedy pani prezes próbowała wyjaśnić zaistniałą sytuację, to pani Wiesia kategorycznie twierdziła, że tylko pani Iwonka, bo tak mnie nazywała, jest w stanie jej pomóc. Pani prezes zdecydowała się poznać tą panią Iwonkę, która to sobie z taką panią Wiesią poradzi (śmiech). Poprosiła panią Wiesię, żeby nas omówiła. No i tak się zaczęła nasza przygoda. Pracowałam wówczas ze społecznością specjalnych instytucji, która w sposób dość jednoznaczny ogranicza możliwości kreacji twórczego rozwoju, czyli narzucała pewne ramy i schematy pozwalające się rozwijać zawodowo tylko do pewnego stopnia, a przy tym nie dając możliwości tworzenia różnego rodzaju innowacyjnych rozwiązań dla uczniów czy w ogóle osób potrzebujących. To mi bardzo przeszkadzało, tkwiłam w tym systemie, ale nie byłam pogodzona ze wszystkimi zasadami. Kiedy usłyszałam o tym, jaka jest misja i jakie są marzenia i plany pani prezes Stowarzyszenia Otwarte Drzwi to od razu uwierzyłam w ten pomysł, wiedziałam, że możemy zrobić więcej. Już dwa miesiące później wyjechałam jako wolontariuszka w ramach takiego międzynarodowego projektu realizowanego przez Polskę i Niemcy.
Ten projekt tak bardzo utkwił pani w pamięci?
– Myślę, że tak. Brały w nim udział samotne matki z Polski, które wychowywały dzieci i nie pracowały, a ze strony niemieckiej bezrobotni młodzi mężczyźni. W ten sposób zaczęła się nasza taka merytoryczna współpraca, nie tylko organizacyjna. W tamtym okresie, kiedy jeszcze pracowałam w szkole, poszukiwałam możliwości stworzenia dla absolwentów tej placówki jakiejś formy dalszego rozwoju – wadą tego systemu wówczas było to, że po skończeniu szkoły nie mieliśmy żadnego wpływu na to, jaki los czeka naszych wychowanków. Wówczas niewiele istniało w ogóle placówek dla osób z niepełnosprawnością intelektualną. Bardzo często docierały do mnie informacje, że nasi absolwenci są bezradni, niepogodzeni z tym, gdzie jest ich miejsce w życiu, nie znają odpowiedzi na pytanie: „w jaki sposób radzić sobie z różnymi problemami?”. Wtedy wraz z panią prezes i ówczesnym dyrektorem szkoły, w której pracowałam, stworzyliśmy klasę autorską, która pozwoliła wypracować odpowiednie warunki dla absolwentów i dalej dbać o ich rozwój. Przez dwa lata rzeczywiście organizowaliśmy ten proces terapeutyczny i zastanawialiśmy się w międzyczasie, jak dalej poprowadzić ten projekt, bo w szkolnej administracji niestety nie mógł on już istnieć. W lutym 2001 roku jako Stowarzyszenie Otwarte Drzwi zorganizowaliśmy pierwszą placówkę dla osób z niepełnosprawnością intelektualną – Warsztat Terapii Zajęciowej na ulicy Równej. To była pierwsza taka struktura w działalności stowarzyszenia. Kiedy poznałam panią prezes, wówczas całe stowarzyszenie nosiła w plecaku – wszystkie dokumenty, komputer, wszystko mieściło się w jej podręcznym bagażu i tak naprawdę nie było stacjonarnej siedziby.
Można zaryzykować stwierdzenie, że wszystko zaczęło się od pani Wiesi i garnka z wrzątkiem. Ciągle utrzymujecie ze sobą kontakt?
– Pani Wiesia nadal korzysta ze wsparcia Stowarzyszenia Otwarte Drzwi. Dzięki pomocy różnych specjalistów, Pani Wiesia otrzymała mieszkanie, gdzie jest wspierana przez naszych asystentów, urodziła dziecko, które również ma wsparcie w ramach interdyscyplinarnej współpracy z innymi podmiotami. Żyje w sposób, który nie różni się od takiego „normalnego”, chociaż bardzo nie lubię tego słowa, prowadzi zwyczajne życie rodzinne. Trzydzieści lat temu, bo ostatnio z panią Wiesią świętowałyśmy 30. rocznicę znajomości, nawet nie marzyłam, że będzie ona zdolna funkcjonować w taki sposób. Naprawdę nie wierzyłam, że jest możliwa taka transformacja u dorosłej osoby Mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że pani Wiesia udowodniła, że można wyjść z procesu wykluczenia. To jest wręcz niepojęte! Historii takich, jak ta opowieść, jest tak wiele w tym Stowarzyszeniu. To nas umacnia! Kiedy pojawia się trud, kiedy zjawiają się różnego rodzaju przeszkody, to właśnie te napisane przez życie historie pozwalają nam pokonać wszelkie bariery. To jest praca, misja, która powoduje, że po prostu jesteśmy niepokonani. Nie można nas tak łatwo pozbawić energii i poddać się.
Stowarzyszenie Otwarte Drzwi nauczyło panią jak wygląda skuteczne pomaganie?
– Ta praca od wielu lat daje mi poczucie sensu, satysfakcji, wiedzy o tym, w jaki sposób skutecznie pomagać. To po prostu było i jest fascynujące. Wcześniej pracowałam m.in. w służbie zdrowia, a także przez wiele lat w sądownictwie, systemie edukacji, w szpitalu psychiatrycznym, z osobami z uzależnieniami i te wszystkie doświadczenia i wiedzę, którą zdobywałam w tych różnych systemach wykorzystuję tutaj. Uświadomiłam sobie, że to daje mi taki niesamowity zasób możliwości. To jak Stowarzyszenie stwarza możliwości dla ludzi, czasem bardzo młodych, którzy potrzebują wsparcia w zakresie rozwoju zawodowego, jest po prostu fascynujące!
Żyjemy w czasach, kiedy o problemach osób z niepełnosprawnością zaczyna się mówić głośno i wydaje mi się, że powoli zaczynamy je też rozumieć, całościowo jako społeczność. Może to za dużo powiedziane, ale zrobiliśmy jako społeczeństwo duży postęp. Stowarzyszenie Otwarte Drzwi powstawało pod koniec lat 90. Pani związała się z nim w 1997 roku, kiedy wydaje mi się, było w tym zakresie kompletnie inaczej i realia, które teraz określamy jako złe dla osób wykluczonych, wtedy nawet nie miały racji bytu. Jak bardzo to miejsce, Stowarzyszenie Otwarte Drzwi, było potrzebne konkretnie wtedy, na przełomie lat 90. i XXI wieku?
– Jestem aktywna zawodowo od 1977 roku, do Stowarzyszenia trafiłam po 20 latach pracy i od samego początku bywam i jestem zafascynowana tym, w jakim miejscu jesteśmy. Oczywiście mam świadomość tego, jak wiele jeszcze mamy do zrobienia. Ale umiem docenić to, co zostało już zrobione! Tej perspektywy nie mają ludzie młodzi, u których jest wiele frustracji z tego powodu, jak wygląda nasza rzeczywistość. Ja wspominam swoje początki i z wielką dumą patrzę, na efekty pracy tysięcy terapeutów i terapeutek, aktywistów i aktywistek oraz całej społeczności związanej z osobami z niepełnosprawnością. Kiedy patrzę na ten proces ewolucji, w której przecież czynnie uczestniczyłam, to jestem wzruszona i zachwycona. Ciągle powtarzam młodszym koleżankom i kolegom, że zazdroszczę im tej młodości. Dlaczego? Bo teraz są takie możliwości działania, tworzenia, łatwość swobodnego myślenia, inspirowania się, czasami także popełniania błędów, że nasza misja jest możliwa do realizowania. To Stowarzyszenie zaczęło tworzyć warunki dla ludzi wyjątkowych, dla fascynatów, dla ludzi, którzy często sami doświadczali różnego rodzaju trudności, ale zaczęli na przykład resocjalizować się, rehabilitować, czy leczyć, terapeutyzować poprzez dołączenie do takiej organizacji, w której nie było żadnej stygmatyzacji. Stawali się częścią miejsca, gdzie jak człowiek przychodził, to nie zajmował się papierami ani parzeniem kawy, tylko mógł realizować swoje działania. Taka duża otwartość właśnie na to „szukaj, co ciebie interesuje” stała się naszą wizytówką. Zresztą do tej pory, w mniejszym stopniu przywiązujemy uwagę do formalnego wykształcenia, a bardzo duży nacisk kładziemy na kwestie osobowościowe, motywację, samoświadomość. Tutaj podjęliśmy tematy, które w innych jednostkach były zakazane! Zaczęliśmy głośno mówić o seksualności osób z niepełnosprawnością intelektualną czy problemach współuzależnień. Wszystkie istniejące struktury nie dawały takiej możliwości. Dlatego Stowarzyszenie było takim miejscem, które przyciągało ludzi obdarzonych różnego rodzaju problemami, ale również niesamowitymi zasobami.
Pozwalacie każdemu być sobą i dlatego zbudowaliście prawdziwą społeczność?
– Tak! Taki sposób myślenia, sprawił, że naprawdę kreatywni ludzie, wolontariusze włączyli się w nasze działania. Owszem, wnosili również wiele chaosu, ale chaos też jest twórczy! Z różnego rodzaju działań, zbudowaliśmy jakąś strukturę. Bo chociażby w przypadku osób z niepełnosprawnością intelektualną czy z doświadczeniem choroby psychicznej pewna systematyka działań i ich powtarzalność i pewna jednak rutyna, która daje poczucie bezpieczeństwa i stabilności, ale nie zawsze. Były takie sytuacje, kiedy irytowaliśmy się na wolontariuszy, że niszczą jakąś strukturę, ale po chwili orientowaliśmy się, że bez nich nigdy byśmy nie wykreowali takich form otwierania identyfikacji różnych talentów, które w tych właśnie uporządkowanych, powtarzających się, powiedziałabym, schematycznych działaniach w placówce byłyby niemożliwe. Szybko zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że chociaż osoby, które są nieprzeciętne, które tak jak powiedziałam, wynoszą zarówno ten zasób dobrej energii, jak i różnych rodzajów kłopotów, to szybko zobaczyliśmy, że warto. Oczywiście trzeba było być czujnym, żeby pewne granice nie zostały przekroczone, ale kiedy efekt widzieliśmy, to wiele osób potrzebujących bardziej porządku swojej pracy, doceniało właśnie to, co się zadziało w ramach takiego „bałaganiarskiego” działania.
Czyli kluczem były właściwie proporcje miedzy porządkiem, a twórczym chaosem? Kiedy to nieusystematyzowane podejście było szczególnie potrzebne?
– Na przykład podczas wyjazdów. Organizowaliśmy trzytygodniowe turnusy dla osób z różnymi niepełnosprawnościami, każdy liczył około 130 osób. Więc to były takie mega wielkie przedsięwzięcia i w teorii bardzo trudne – tak wielka grupa przez trzy tygodnie musi prowadzić wspólne życie, to bardzo łatwo może się nie udać. Wtedy ci kreatywni wolontariusze mieli pole do popisu. Co więcej, ich pomysły dawały początek projektom, które później były realizowane konsekwentnie, czasem już nie w takiej atrakcyjnej, artystycznej formie.
Czyli takie przyzwolenie na pewien „chaos” było ogromną zmianą światopoglądową?
– Zdecydowanie! To można porównać do wynalezienia Internetu na przykład. To była zmiana, która kompletnie zrewolucjonizowała nasze spojrzenie i podejście do osób z niepełnosprawnością. Później, jako wolontariusze, wyjeżdżali z nami też młodzi chłopcy, którzy byli w naszym schroniska dla osób bezdomnych. Kiedy obserwowałam jak ten proces resocjalizacji i przebudowy pewnego systemu wartości, hierarchii następuje u nich w trakcie tych działań pomocowych dla osób z niepełnosprawnością i szczególnie wtedy, kiedy uczestniczyli w różnego rodzaju aktywnościach jeszcze z wolontariuszami, to czułam ogromną satysfakcję.
Jakim trzeba być człowiekiem, aby pracować w miejscu takim, jak Stowarzyszenie Otwarte Drzwi?
– Trzeba mieć silny charakter, on jest u nas podstawą. Od samego początku marzyliśmy o tym, żeby ludzie, którzy trafią pod nasze skrzydła nie czuli ciężaru przyjmowania tej pomocy. O to bardzo dbała założycielka Stowarzyszenia i aktualna pani prezes to kontynuuje. Skupiamy się na budowaniu relacji, zależności. Pokazujemy im, że w jakiś sposób mogą pomóc innej grupie, innym osobom potrzebującym wsparcia. W ten sposób zrodziła się bardzo ważna dla nas idea empowermentu. Dla przykładu: osoby doświadczone kryzysem bezdomności, których wspieraliśmy, podejmowały pracę na rzecz osób z niepełnosprawnością, na rzecz ośrodków dla osób z niepełnosprawnością, na rzecz seniorów czy osób, które z musiały opuścić swój kraj i szukały w Polsce schronienia. Proszę mi wierzyć, obserwując to, jak te działania potrafią zmienić świadomość, mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że żaden proces psychoedukacji, żaden proces „uczenia na sucho” nie dawał takich elektów! Oni wreszcie zaczęli myśleć, że są potrzebni, być może niektórzy czuli to po raz pierwszy raz w życiu. Mieli świadomość, że ktoś patrzył na nich z wdzięcznością, bo otrzymywał od nich wsparcie. To naprawdę było świetne działanie streetwalkingu naszych mieszkańców. W przypadku osób z niepełnosprawnością intelektualną tworzyliśmy warunki, żeby osoby te też miały możliwość wybudowania swojego poczucia własnej wartości i znaczenia w społecznej hierarchii poprzez działania na rzecz innych grup, na przykład na rzecz seniorów. Oczywiście przy naszym wsparciu i monitoringu angażowali się w różne projekty jako wolontariusze. To były pierwsze projekty, gdzie osoby z niepełnosprawnością wykonywały prace porządkowe, a właściwie i świadczyły wsparcie wszelkiego typu, pracując zawsze w parach, podejmując różnego rodzaju działania pomocowe na rzecz seniorów. Z czasem ta grupa przekształciła się w grupę edukatorów społecznych i to dawało świadectwo tego, jak ważny był to proces. To, co najlepiej, moim zdaniem, wpływa na społeczne postawy to tworzenie warunków do jakiegoś wspólnego działania z innymi grupami społecznymi. Ciągle realizujemy tego typu inicjatywy i jesteśmy z tego bardzo dumni. Zresztą muszą przyznać, że uczestnicy też niejako oczekują takiej możliwości awansu. W 2005 roku powołaliśmy klub, który nazywał się „Sami dla siebie” – liderzy, czyli wybrani przez poszczególne społeczności placówek, przechodzili przez proces bardzo intensywnego przygotowania do pełnienia takich ważnych ról dla osób w kryzysie psychicznym. Teraz pewnie nazwali byśmy ich asystentami zdrowienia. Tutaj chodziło o pewnego rodzaju przewodników, którzy już osiągnęli pewien poziom i mogły być dla osób zaczynających inspiracją, wskazać im właściwą ścieżkę.
Mam takie wrażenie, że przede wszystkim to Stowarzyszenie powstało z chęci zrobienia czegoś „więcej”, że jakby ideą, która państwa zespoliła jest to, że zbuntowaliście się przeciwko jakimś systemowym ograniczeniom i stwierdziliście, że znajdziecie sposób, aby zrobić więcej dla tych, którzy tego potrzebują. Wydaje mi się, że taka myśl, taka idea towarzyszy państwu do dzisiaj. Zgodzi się pani ze mną? Jeśli się mylę, to oczywiście proszę mnie poprawić.
– Dokładnie tak jest! Powiedział pan dokładnie to, co cały czas chcę wyartykułować. Widzieliśmy więcej. Mało tego, założyliśmy sobie od początku, że nie zadowalają nas rozwiązywania istniejących problemów, ale staramy się też obserwować, czy nie rodzą się nowe. Z perspektywy takich nawet pojedynczych różnego rodzaju zdarzeń, które mogły przybrać taki statystyczny charakter, staraliśmy się działać prewencyjnie, żeby to się nie przerodziło w większy problem. Tak było na przykład z problemem uzależnień, które zaczęły występować u osób z niepełnosprawnością intelektualną, ze sprawami dotyczącymi intymności osób z niepełnosprawnością, które systemowo pozbawione były wsparcia, a ich rodziny popełniały w tej kwestii wiele błędów. Już dwadzieścia lat temu zaczęliśmy w Stowarzyszeniu edukować osoby z niepełnosprawnością w temacie ich intymności. Pierwszy taki projekt „AMOR” jeszcze jest w placówkach realizowany. Teraz na bazie naszych doświadczeń udało się opracować nowy, dzięki Marcie Marysi Skrobackiej nasze podejście do seksualności osób z niepełnosprawnościami ewoluowało.
„Coś więcej” to też brak strachu i chęć ciągłego rozwijania swojej działalności?
– Dlatego nasze działania kierujemy do różnych grup społecznych. Teraz zbliżamy się do takiego momentu w tej historii stowarzyszenia, który można powiedzieć jest przełomowy, bo po trzydziestce to już jest można powiedzieć nowa historia, to już jest też historia, która łączy pokolenia.
Czego nauczyła się pani od tych osób, które trafiały pod wasze skrzydła? Czego w ogóle można nauczyć się od tych najsłabszych, którzy nas potrzebują? Czy to jest tak też, że my także ich do czegoś potrzebujemy?
– Nie ulega wątpliwości, że tak i myślę, że wszyscy ludzie, którzy pracują czy związani są ze Stowarzyszeniem, mają pełną świadomość tego, że pomiędzy tym, co daliśmy innym, a tym, co dostajemy dzięki wspieraniu osób, które tego potrzebują, jest równowaga. Czy czegoś nauczyłam się od osób, które wspieraliśmy? Może nie do końca powiedziałabym, że czegoś się od nich bezpośrednio nauczyłam, bo miałam i mam szczęśliwe, dobre życie rodzinne, co pozwoliło mi rozwinąć jakiś szczególny rodzaj wrażliwości i szacunku do drugiego człowieka, ale dzięki temu, co udało się nam zbudować w Stowarzyszeniu, to mam ogromny szacunek do podmiotowości drugiego człowieka niezależnie od tego, w jakiej kondycji ona lub ona był i jest. W kondycji w sensie zdrowotnym, mieszkaniowym, ekonomicznym, ideologicznym, czy też w związku ze swoimi predyspozycjami. Oni nauczyli mnie szczerego i bezrefleksyjnego szacunku tak potrzebnego w miejscu, do którego często trafiają ludzie pokiereszowani społecznie albo w różnych obszarach, mający bardzo złe mniemanie o sobie, niewierzący w swoją wartość. Kiedy drugiego człowieka obdarzamy szacunkiem i traktujemy to tak samo jak każdego innego, to on zaczyna nas słuchać, zaczyna się tworzyć między nami więź. Relacja z drugim człowiekiem to podstawa w pracach z każdą grupą, a także w ogóle z ludźmi. Nie tylko w kontaktach z osobami dotkniętymi różnymi formami społecznego wykluczenia. Kiedy my zaczęliśmy jako pierwsi w ogóle, podejrzewam w Polsce, zaczęliśmy stosować w kontaktach z osobami z niepełnosprawnością intelektualną taką formę komunikacji, którą się powszechnie stosuje, czyli dla osób dorosłych formę „per pan”. Początkowo te osoby broniły się za wszelką cenę przed nazywaniem ich „panem” lub „panią”. Wydaje mi się, że w ten sposób chcieli walczyć ze swoją dorosłością, bo przecież do dziecka nie mówimy „pani Ilona”. Jako dzieci byli zaopiekowali, mieli poczucie bezpieczeństwa, a my podkreślaliśmy, że nie są już dziećmi. Jednak nazywając ich tak jak innych dorosłych nauczyliśmy ich aby oczekiwali od otoczenia właściwego traktowania w sferach różnych potrzeb, żeby nie dawali się wykorzystywać. Ta forma, którą zaczęliśmy stosować, która początkowo wydawała się tylko fasadą, okazała się czymś więcej i to się tak sprawdziło. W tej chwili to już jest taką rzeczą zupełnie oczywistą. Wtedy to było trudne. Po kilkunastu latach kontaktu z niektórymi osobami, którym mówiłam po imieniu, a one nazywały mnie panią Iwonką, musieliśmy nauczyć się komunikować na nowych zasadach. Udało się, poradziliśmy sobie z tym. Zmiana formy komunikacji to jednak nie wszystko! Za tym musi iść prawdziwy szacunek, najgłębszy i taki podmiotowy sposób traktowania, pytania przede wszystkim, niedawania gotowych recept i rozwiązań, rozmawiania o ich wizji, o tym, czego oni chcą, co jest dla nich ważne. Wtedy czują się naprawdę ważni, zaczynają się czuć współodpowiedzialni za ten proces. I raz jeszcze podkreślę, żadne wykształcenie bez tych „kamieni”, bez „szczebelków”, które się pokonuje nie wystarczy. Taki międzyludzki, elementarny, zwyczajny sposób codziennego kontaktu z drugim człowiekiem to trzon naszej tożsamości. Bez niego w środku człowiek się rozpada. Myślę, że w ten sposób też udało nam się zbudować pozycję, którą zdobyliśmy. Jesteśmy odbierani wśród innych organizacji pozarządowych jako profesjonaliści i innowatorzy, ale oni doceniają także nasze morale.
Co chciałaby pani przekazać tym wszystkim ludziom, którzy może w tej chwili właśnie zastanawiają się, czy stowarzyszenie Otwarte Drzwi to jest miejsce, w którym mogą się realizować i robić dla potrzebujących „coś więcej”?.
– Powiedziałabym im, żeby po prostu przyszli i zobaczyli na własne oczy, jak pomagamy, jak pracujemy, jak działamy w zespole. Ludzie, którzy do nas przychodzą, bardzo szybko weryfikują się sami, czy to jest miejsce dla nich, czy nie. To jest miejsce mocno wymagające, ale jednocześnie bardzo wiele dające. Cała kadra zarządzająca tym miejscem, to osoby, które zaczynały jako wolontariusze i wolontariuszki. Wszyscy, którzy nie zgadzają się na otaczającą nas rzeczywistość powinni sami się przekonać, czy to jest właśnie miejsce dla nich. Większość osób, które nas poznaje, doznaje takiego rodzaju fascynacji, kiedy zaczynają z nami działać. Bycie częścią naszej społeczności jest dla wielu osób ważne nie tylko w kontakcie zawodowym ale i osobistym. W tym stowarzyszeniu można odnaleźć coś, co stanowi, że później członków swoich rodzin angażujemy do różnego rodzaju działań, że nie patrzymy na to tylko na to, jako na pracę, ale jak na miejsce, które równie dużo może dać nam, jak i potrzebować. Brałam udział w wielu spotkaniach rekrutacyjnych, zawsze wtedy pokazywałam ludziom, z czym tak naprawdę wiąże się praca i wolontariat w Stowarzyszeniu Otwarte Drzwi. Ta misyjność, która w dobie korporacyjno-materialistyczno-kapitalistycznej jest tak bardzo potrzebna, nas wyróżnia. To nie jest miejsce dla każdego. Ale jeśli poczujemy tę więź, to naprawdę wiele możemy zyskać. Pomiędzy członkami naszej społeczności rodzą się uczucia, byliśmy świadkami narodzin wielkich miłości, przyczyniliśmy się do powstania szczęśliwych małżeństw i narzeczeństw. Wszystkim, którzy myślą o tym, żeby do nas dołączyć powiem jedynie: jeśli ktoś potrzebuje rozwoju jako człowiek, chce doskonalić swoją osobowość, jednocześnie chce się dobrze, praktycznie wykształcić, to to jest miejsce dla niego. Jeżeli poszukuje odpowiedzi na wiele skomplikowanych pytań, jeśli nie ogranicza się do schematu dnia codziennego, to powinien czym prędzej do nas dołączyć.