Informacja o otwarciu ofert i wyniku zapytań ofertowych nr 1 i 2

Stowarzyszenie Otwarte Drzwi informuje, że w dniu 10.03.2026 r. dokonano otwarcia ofert złożonych w ramach dwóch zapytań ofertowych dotyczących wyboru wykonawców do przeprowadzenia audytu zewnętrznego projektów realizowanych przez Stowarzyszenie.

Zapytanie ofertowe nr 1

W wyznaczonym terminie – do dnia 9.03.2026 r. do godz. 15:00 – wpłynęła jedna oferta:

DPC Audit Partner Sp. z o.o., ul. Armii Krajowej 15/7, 45-071 Opole – zaoferowana cena za wykonanie audytu:

  • w pierwszym okresie realizacji projektu: 1.04.2025-31.03.2026: wartość brutto: 8425,50 PLN [netto: 6 850,00 PLN VAT: 1575,50 PLN]
  • w drugim okresie realizacji projektu, tj. 1.04.2026-31.03.2027: wartość brutto: 9409,50 PLN [netto: 7 650,00 PLN VAT: 1759,50 PLN]
  • w trzecim okresie realizacji projektu, tj. 1.04.2027-31.03.2028: wartość brutto: 10 270,50 PLN [netto: 8 350,00 PLN VAT: 1920,50 PLN]

Łącznie wartość brutto: 28 105,50 PLN [netto: 22 850,00 PLN VAT: 5255,50 PLN]

Złożona oferta została poddana weryfikacji pod względem formalnym oraz ocenie zgodnie z kryteriami określonymi w zapytaniu ofertowym. Oferta spełniła wymagania określone w zapytaniu ofertowym.

W związku z powyższym do realizacji audytu zewnętrznego wybrano wskazanego powyżej wykonawcę, a procedura wyboru wykonawcy została tym samym zakończona.

Zapytanie ofertowe nr 2

W wyznaczonym terminie – do dnia 9.03.2026 r. do godz. 15:00, wpłynęła jedna oferta:

DPC Audit Partner Sp. z o.o., ul. Armii Krajowej 15/7, 45-071 Opole – zaoferowana cena za wykonanie audytu:

  • w pierwszym okresie realizacji projektu, tj. 1.04.2025-31.03.2026: wartość brutto: 9163,50 PLN [netto: 7 450,00 PLN VAT: 1713,50 PLN]
  • w drugim okresie realizacji projektu, tj. 1.04.2026-31.03.2027: wartość brutto: 10 270,50 PLN [netto: 8 350,00 PLN VAT: 1920,50 PLN]  
  • w trzecim okresie realizacji projektu, tj. 1.04.2027-31.03.2028: wartość brutto: 12 177,00 PLN [netto: 9 900,00 PLN VAT: 2277,00 PLN]

Łącznie wartość brutto: 31 611,00 PLN [netto: 25 700,00 PLN VAT: 5911,00 PLN]

Złożona oferta została poddana weryfikacji pod względem formalnym oraz ocenie zgodnie z kryteriami określonymi w zapytaniu ofertowym. Oferta spełniła wymagania określone w zapytaniu ofertowym.

W związku z powyższym do realizacji audytu zewnętrznego wybrano wskazanego powyżej wykonawcę, a procedura wyboru wykonawcy została tym samym zakończona.

Audyt zewnętrzny dla projektów

Spełniając obowiązek przeprowadzenia audytu zewnętrznego dla projektów współfinansowanych ze środków PFRON, zachowując zasady bezstronności, konkurencyjności i obiektywizmu Stowarzyszenie Otwarte Drzwi ogłasza nabór oferentów spełniających kryteria przedstawione w Zapytaniu ofertowym nr 1 oraz w Zapytaniu ofertowym nr 2.

Do pobrania:

Opiekunka naszego ogrodu rusza do pracy!

Jest jak Maja Popielarska i Dorota Szelągowska z jednym! Monika, opiekunka ogrodu Społecznego działającego przy Kuchni Czerwony Rower dba o to, aby w sezonie wiosenno-letnim, każdy kto odwiedzi nasz zielony zakątek czuł się w nim komfortowo. Jakie prace czekają ją w najbliższym czasie?

Jak ten bardzo, bardzo długi sezon zimowy odbił się na kondycji naszego ogrodu społecznego?

– No nie jest dobrze. Przede wszystkim odbił się bardzo źle naszym trawniku, który był zakładany późnym latem z rolki i niestety przykryty grubą pokrywą śniegu jest w złej kondycji. Swoje zrobiły także nasze pieski i goście. Mam nadzieję, że tam się nie pojawi tak zwana pleśni śniegowa, czyli choroba grzybowa, która może rozwijać się na trawniku wtedy, kiedy mamy takie warunki – bez światła, z masą śniegu, który często zamienia też w lód. Mam szczerą nadzieję, że tego unikniemy. Teraz jest bardzo ładna pogoda. Będziemy go próbowali troszeczkę przegrabić, oczyścić z resztek liści, jakichś patyczków śmieci i spróbuję wykonać pewien zabieg, który się nazywa wałowanie darni. Często tak się zdarza, że jak jest silny mróz, woda zamarza, tworzy sobie jakieś tam swoje korytarzyki, biegnie najpierw z strumyczkami, potem zamarza. Kiedy ta płynąca woda się rozpuszcza, to tworzą się takie kieszenie powietrzne i to bardzo źle działa na rośliny, na trawnik w szczególności. Poza tym, jak jest rozmiękła ziemia na wiosnę i ktoś się przejdzie po takim grzęzawisku, to tworzą się, wiadomo, różne dołki, nierówności. To wałowanie nam zapewni dwie rzeczy, wyrównanie powierzchni trawnika i dociśnięcie korzonków tam, gdzie ewentualne pojawiły się jakieś tam puste przestrzenie. Ponieważ w naszym Stowarzyszeniu często pojawiają się osoby, które odpracowują prace społeczne i to są często silni mężczyźni, więc się znakomicie do takiej rzeczy będą nadawać. Wykorzystamy sobie beczki na deszczówkę, napełnimy piaskiem i będziemy po prostu po tym trawniku toczyć je i nam się to pięknie wyrówna. Teraz główne nasze wysiłki w kierunku trawnika będą się koncentrować na takich aktywnościach. Możemy już obserwować pierwsze jaskółki wiosny, ponieważ pojawiły się pierwsze w naszym ogrodzie kwiatuszki: ranniki, piękne żółciutkie kwiatki, podobne troszeczkę do kaczeńców i pojawiły się ciemierniki. Na razie są to zaledwie nieśmiałe pączki, ale czujemy już wiosnę! Wracając do jaskółek, ale chodzi o zwierzaki to nasze ptaki, które dokarmialiśmy zimą, zaczynają się już przymierzać do budowania gniazd, żeby im troszeczkę w tym pomóc w okresie lęgowym, będziemy wieszać im budki.

Jak to tego doszło? Bo brzmi to wszystko fantastycznie!

– W okresie zimową wspomogło nas Miasto Stołeczne Warszawa, ponieważ urząd wygospodarował środki na karmę dla ptaków  i my tą karmę ochoczo sypaliśmy do naszych karmników i ptaki, głównie sikorki, bardzo, bardzo gremialnie przyfruwały i pewnie zostaną z nasi na dłużej.

Na pewno skorzystają z takiego zaproszenia. To chyba najtrudniejszy i najbardziej pracowity czas, jeśli chodzi o przygotowanie ogrodu na taki szczyt sezonu, można powiedzieć relaksacyjnego. Co przed wami poza tą dbałością o trawnik, do czego będziesz potrzebowała tych wspomnianych silnych panów?

– Silnych panów (śmiech), tak, czeka nas przycinanie, przede wszystkim przycinanie winogron i przycinanie krzewów owocowych takich jak maliny i jeżyny. W zasadzie powinniśmy już to mieć za sobą, natomiast tak naprawdę dopiero w zeszłym tygodniu były sprzyjające temperatury. W lutym, przy temperaturach w nocy do minus 10 stopni jednak stwierdziłam, że przesuniemy ten czas przycinania, ale teraz już z pełną mocą do tego będziemy przystępować, ponieważ takie przycinanie znacznie zwiększa plony w sezonie, a my mamy bardzo dużo krzewów maliny, jeżyny i winorośli właśnie, więc to będzie na pewno zajmowało dużo czasu. Będziemy też sprawdzać i odkrywać roślinki cebulowe, które były posadzone w pojemnikach późną jesienią, takie jak krokusy, szafirki, narcyzy, tulipany. One już powoli wychodzą z ziemi, widzimy ich pierwsze kiełki, więc będziemy sprawdzać, jak przezimowały i myślę, że jak pogoda się utrzyma to niedługo już będą pięknie kwitły.

Co znajdzie się w ogrodzie w tym takim najbardziej kwitnącym okresie? Jakie rośliny, jakie kwiaty będziemy mogli podziwiać w maju i czerwcu w naszym ogrodzie?

– Zobaczymy co zaproponuje nam nasze zaprzyjaźnione centrum ogrodnicze, z którym mamy kontakt od bardzo wielu lat. To jest przedsiębiorstwo ogrodnicze, które zaopatruje w rośliny sezonowe głównie miasto i często tak się zdarza, że nie sprzedadzą bardzo wielu tych roślin sezonowych i wówczas przekazują je w darowiźnie nam. Najczęściej wiosną są to bratki, więc myślę, że i w tym roku jakieś piękne mieszanki bratków wielokolorowych dostaniemy od naszych przyjaciół. Zawsze ogromną to przyjemność sprawa naszym uczestnikom, w szczególności z Warsztatów Terapii Zajęciowej, którzy też mają swój ogród, ale też u nas te właśnie bratki z ochotą sadzą. Potem to już będzie, myślę, początek lata i często to są pelargonie, surfinie i co jeszcze to się okaże, bo tak jak mówię, my tutaj nie decydujemy, tylko liczymy na to co te zaprzyjaźnione centrum ogrodnicze nam przekaże. Często otrzymywaliśmy też bardzo piękne begonie. U nas się znakomicie sprawdzają, bo mamy dużo cienia.

Wspominasz o uczestnikach chociażby Warsztatów Terapii Zajęciowej Stowarzyszenia Otwarte Drzwi. Jak ważne z perspektywy ich rehabilitacji jest w twojej opinii to, że mogą obcować z naturą, zobaczyć jak pielęgnuje się rośliny, jak wygląda praca ogrodnika czy ogrodniczki od kulis?

– Myślę, że to bardzo dla nich ważne. Ze względu na dwa aspekty. Pierwszym jest obcowanie z zielenią i z przyrodą i taka forma hortiterapii. Uważam, że to jest nieocenione dla każdego. Niezależnie od wieku, od stanu zdrowia, przy wielu schorzeniach, ale też nawet dla zdrowych ludzi jest niezwykle ważne, (9:34) żeby obcować z przyrodą, przebywać na świeżym powietrzu, pracować. (9:40) Jest to fantastyczna forma ruchu, ale też forma terapii przy nawet bardzo ciężkich schorzeniach takich jak depresję czy leczenie jakiś traum. Ważną rzeczą jest też aktywizacja zawodowa, bo część naszych uczestników kończyła szkoły ogrodnicze i tutaj w praktyce mogą pomagając w pracach ogrodowych sprawdzić swoje umiejętności i ewentualnie przygotować się do sprawdzenia swoich sił na otwartym rynku pracy.

fot. Marta Sułkowska

List Marty Perkowskiej z okazji Dnia NGO

List otwarty Prezeski Zarządu Stowarzyszenia Otwarte Drzwi Marty Perkowskiej do wszystkich członków i członkiń społeczności naszej organizacji.

„Światowy Dzień Organizacji Pozarządowych to święto nas wszystkich, osób tworzących wielką społeczność Stowarzyszenia Otwarte Drzwi. Kilka miesięcy temu razem wkroczyliśmy w czwartą dekadę działalności na rzecz drugiego człowieka, a obecnie koncentrujemy się na pozyskaniu jak największej kwoty z rozliczeń podatkowych. Systematyczna, codzienna praca pozwoliła nam zbudować więzi sympatii i przyjaźni, czyniąc z nas rodzinę, w której możemy na siebie liczyć zawsze, niezależnie od tego, czy jest bardzo nerwowo, czy nieco spokojniej.  

Tegoroczny dzień NGO jest dla nas wyjątkowy. Razem mierzymy się z kryzysem, który powoli udaje się nam opanować. Przekonaliśmy się na własnej skórze, ile prawdy jest w powszechnie znanym powiedzeniu <<prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie>>. Jesteśmy niezwykle wdzięczni za okazaną nam pomoc, wsparcie i poczucie solidarności. W tej trudnej sytuacji nigdy nie pozwoliliście nam poczuć, że jesteśmy zdani wyłącznie na siebie.  

Jako organizacja pozarządowa jesteśmy blisko ludzi, wspieramy naszych beneficjentów i podejmujemy szereg działań, aby budować przyszłość opartą na równości, zrozumieniu, empatii i tolerancji wobec każdej inności. Jestem przekonana, że dzięki poczuciu przynależności i wsparcia uda nam się przezwyciężyć wszystkie trudności. 

Każdej osobie będącej częścią Stowarzyszenia Otwarte Drzwi przesyłam najlepsze życzenia z okazji Światowego Dnia NGO. Nigdy, a zwłaszcza w tym dniu, nie zapominajmy o tym, ile dobrego zrobiliśmy dla osób potrzebujących. „

Buntowniczka otwiera drzwi szczelnie zamknięte

Iwona Wojtczak-Grzesińska dołączyła do zespołu Stowarzyszenia Otwarte Drzwi w 1997 roku i od razu zafascynowało ją to, w jaki sposób można pomagać potrzebującym, nie opierając się jedynie na istniejących i często niewystarczających systemach wsparcia. Trafiła do SOD-u dzięki swojej dawnej uczennicy. Do dzisiaj wspomina, że o jej pracy w Stowarzyszeniu zadecydował… garnek z wrzątkiem. 

Od ponad 20 lat jest pani częścią zespołu, który zmienia świadomość społeczną Warszawiaków. Jak rozpoczęła się pani przygoda ze Stowarzyszeniem Otwarte Drzwi? –  

– Historia, o tym jak znalazłam się w Stowarzyszeniu Otwarte Drzwi i można powiedzieć, od razu zakochałam się w tym, co ludzie tworzący tę organizację starają się zmienić, to już prawie anegdota (śmiech). Wielu członków Stowarzyszenia, naszych beneficjentów – czyli osób, które wspieramy – zna ją bardzo dobrze. To było w październiku 1997 roku, więc tuż po drugiej rocznicy założenia stowarzyszenia. Trafiłam do SOD-u za sprawą jednej osoby z niepełnosprawnością intelektualną. Wcześniej wiele lat pracowałam w zespole szkół specjalnych i tam pani Wiesia była przez trzy lata moją uczennicą. Była to osoba, która doświadczyła bardzo wielu ograniczeń w życiu i bardzo wielu krzywd. Jej poziom funkcjonowania poza niepełnosprawnością intelektualną, takiego emocjonalno-społecznego był zaburzony w bardzo wysokim stopniu. Miało to już charakter psychiatryczny. Pani Wiesia, kiedy skończyła naszą szkołę, trafiła do stowarzyszenia Otwarte Drzwi, do pani Ani Machalicy-Pułtorak poszukując miejsca, w którym będzie czułą się dobrze. Wkrótce po tym, pani prezes zorganizowała grupę osób z niepełnosprawnością, które zaczęły docierać do stowarzyszenia, zaprosiła ich na wycieczkę do swojej chaty w górach, bardzo wysokich na Makowicy. Wśród uczestników tej wyprawy była właśnie pani Wiesia. W trakcie wypoczynku zdarzył się wypadek. Podczas jakiegoś nieporozumienia między panią prezes a panią Wiesią, moja dawna podopieczna złapała garnek z gorącą wodą i rzuciła nim w stronę Anny Machalicy. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Kiedy usłyszałam o tym, jak zachowała się pani Wiesia, to mnie to w ogóle nie zaskoczyło. Wiedziałam dokładnie, z jakimi zaburzeniami mierzy się moja dawna uczennica. Kiedy pani prezes próbowała wyjaśnić zaistniałą sytuację, to pani Wiesia kategorycznie twierdziła, że tylko pani Iwonka, bo tak mnie nazywała, jest w stanie jej pomóc. Pani prezes zdecydowała się poznać tą panią Iwonkę, która to sobie z taką panią Wiesią poradzi (śmiech). Poprosiła panią Wiesię, żeby nas omówiła. No i tak się zaczęła nasza przygoda. Pracowałam wówczas ze społecznością specjalnych instytucji, która w sposób dość jednoznaczny ogranicza możliwości kreacji twórczego rozwoju, czyli narzucała pewne ramy i schematy pozwalające się rozwijać zawodowo tylko do pewnego stopnia, a przy tym nie dając możliwości tworzenia różnego rodzaju innowacyjnych rozwiązań dla uczniów czy w ogóle osób potrzebujących. To mi bardzo przeszkadzało, tkwiłam w tym systemie, ale nie byłam pogodzona ze wszystkimi zasadami. Kiedy usłyszałam o tym, jaka jest misja i jakie są marzenia i plany pani prezes Stowarzyszenia Otwarte Drzwi to od razu uwierzyłam w ten pomysł, wiedziałam, że możemy zrobić więcej. Już dwa miesiące później wyjechałam jako wolontariuszka w ramach takiego międzynarodowego projektu realizowanego przez Polskę i Niemcy.

Ten projekt tak bardzo utkwił pani w pamięci? 

– Myślę, że tak. Brały w nim udział samotne matki z Polski, które wychowywały dzieci i nie pracowały, a ze strony niemieckiej bezrobotni młodzi mężczyźni. W ten sposób zaczęła się nasza taka merytoryczna współpraca, nie tylko organizacyjna. W tamtym okresie, kiedy jeszcze pracowałam w szkole, poszukiwałam możliwości stworzenia dla absolwentów tej placówki jakiejś formy dalszego rozwoju – wadą tego systemu wówczas było to, że po skończeniu szkoły nie mieliśmy żadnego wpływu na to, jaki los czeka naszych wychowanków. Wówczas niewiele istniało w ogóle placówek dla osób z niepełnosprawnością intelektualną. Bardzo często docierały do mnie informacje, że nasi absolwenci są bezradni, niepogodzeni z tym, gdzie jest ich miejsce w życiu, nie znają odpowiedzi na pytanie: „w jaki sposób radzić sobie z różnymi problemami?”. Wtedy wraz z panią prezes i ówczesnym dyrektorem szkoły, w której pracowałam, stworzyliśmy klasę autorską, która pozwoliła wypracować odpowiednie warunki dla absolwentów i dalej dbać o ich rozwój. Przez dwa lata rzeczywiście organizowaliśmy ten proces terapeutyczny i zastanawialiśmy się w międzyczasie, jak dalej poprowadzić ten projekt, bo w szkolnej administracji niestety nie mógł on już istnieć.  W lutym 2001 roku jako Stowarzyszenie Otwarte Drzwi zorganizowaliśmy pierwszą placówkę dla osób z niepełnosprawnością intelektualną – Warsztat Terapii Zajęciowej na ulicy Równej. To była pierwsza taka struktura w działalności stowarzyszenia. Kiedy poznałam panią prezes, wówczas całe stowarzyszenie nosiła w plecaku – wszystkie dokumenty, komputer, wszystko mieściło się w jej podręcznym bagażu i tak naprawdę nie było stacjonarnej siedziby. 

Można zaryzykować stwierdzenie, że wszystko zaczęło się od pani Wiesi i garnka z wrzątkiem. Ciągle utrzymujecie ze sobą kontakt? 

– Pani Wiesia nadal korzysta ze wsparcia Stowarzyszenia Otwarte Drzwi. Dzięki pomocy różnych specjalistów, Pani Wiesia otrzymała mieszkanie, gdzie jest wspierana przez naszych asystentów, urodziła dziecko, które również ma wsparcie w ramach interdyscyplinarnej współpracy z innymi podmiotami. Żyje w sposób, który nie różni się od takiego „normalnego”, chociaż bardzo nie lubię tego słowa, prowadzi zwyczajne życie rodzinne. Trzydzieści lat temu, bo ostatnio z panią Wiesią świętowałyśmy 30. rocznicę znajomości, nawet nie marzyłam, że będzie ona zdolna funkcjonować w taki sposób. Naprawdę nie wierzyłam, że jest możliwa taka transformacja u dorosłej osoby Mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że pani Wiesia udowodniła, że można wyjść z procesu wykluczenia. To jest wręcz niepojęte! Historii takich, jak ta opowieść, jest tak wiele w tym Stowarzyszeniu. To nas umacnia! Kiedy pojawia się trud, kiedy zjawiają się różnego rodzaju przeszkody, to właśnie te napisane przez życie historie pozwalają nam pokonać wszelkie bariery. To jest praca, misja, która powoduje, że po prostu jesteśmy niepokonani. Nie można nas tak łatwo pozbawić energii i poddać się.  

Stowarzyszenie Otwarte Drzwi nauczyło panią jak wygląda skuteczne pomaganie? 

– Ta praca od wielu lat daje mi poczucie sensu, satysfakcji, wiedzy o tym, w jaki sposób skutecznie pomagać. To po prostu było i jest fascynujące. Wcześniej pracowałam m.in. w służbie zdrowia, a także przez wiele lat w sądownictwie, systemie edukacji, w szpitalu psychiatrycznym, z osobami z uzależnieniami i te wszystkie doświadczenia i wiedzę, którą zdobywałam w tych różnych systemach wykorzystuję tutaj. Uświadomiłam sobie, że to daje mi taki niesamowity zasób możliwości. To jak Stowarzyszenie stwarza możliwości dla ludzi, czasem bardzo młodych, którzy potrzebują wsparcia w zakresie rozwoju zawodowego, jest po prostu fascynujące!  

Żyjemy w czasach, kiedy o problemach osób z niepełnosprawnością zaczyna się mówić głośno i wydaje mi się, że powoli zaczynamy je też rozumieć, całościowo jako społeczność. Może to za dużo powiedziane, ale zrobiliśmy jako społeczeństwo duży postęp. Stowarzyszenie Otwarte Drzwi powstawało pod koniec lat 90. Pani związała się z nim w 1997 roku, kiedy wydaje mi się, było w tym zakresie kompletnie inaczej i realia, które teraz określamy jako złe dla osób wykluczonych, wtedy nawet nie miały racji bytu. Jak bardzo to miejsce, Stowarzyszenie Otwarte Drzwi, było potrzebne konkretnie wtedy, na przełomie lat 90. i XXI wieku?  

– Jestem aktywna zawodowo od 1977 roku, do Stowarzyszenia trafiłam po 20 latach pracy i od samego początku bywam i jestem zafascynowana tym, w jakim miejscu jesteśmy. Oczywiście mam świadomość tego, jak wiele jeszcze mamy do zrobienia. Ale umiem docenić to, co zostało już zrobione! Tej perspektywy nie mają ludzie młodzi, u których jest wiele frustracji z tego powodu, jak wygląda nasza rzeczywistość. Ja wspominam swoje początki i z wielką dumą patrzę, na efekty pracy tysięcy terapeutów i terapeutek, aktywistów i aktywistek oraz całej społeczności związanej z osobami z niepełnosprawnością. Kiedy patrzę na ten proces ewolucji, w której przecież czynnie uczestniczyłam, to jestem wzruszona i zachwycona. Ciągle powtarzam młodszym koleżankom i kolegom, że zazdroszczę im tej młodości. Dlaczego? Bo teraz są takie możliwości działania, tworzenia, łatwość swobodnego myślenia, inspirowania się, czasami także popełniania błędów, że nasza misja jest możliwa do realizowania. To Stowarzyszenie zaczęło tworzyć warunki dla ludzi wyjątkowych, dla fascynatów, dla ludzi, którzy często sami doświadczali różnego rodzaju trudności, ale zaczęli na przykład resocjalizować się, rehabilitować, czy leczyć, terapeutyzować poprzez dołączenie do takiej organizacji, w której nie było żadnej stygmatyzacji. Stawali się częścią miejsca, gdzie jak człowiek przychodził, to nie zajmował się papierami ani parzeniem kawy, tylko mógł realizować swoje działania. Taka duża otwartość właśnie na to „szukaj, co ciebie interesuje” stała się naszą wizytówką. Zresztą do tej pory, w mniejszym stopniu przywiązujemy uwagę do formalnego wykształcenia, a bardzo duży nacisk kładziemy na kwestie osobowościowe, motywację, samoświadomość. Tutaj podjęliśmy tematy, które w innych jednostkach były zakazane! Zaczęliśmy głośno mówić o seksualności osób z niepełnosprawnością intelektualną czy problemach współuzależnień. Wszystkie istniejące struktury nie dawały takiej możliwości. Dlatego Stowarzyszenie było takim miejscem, które przyciągało ludzi obdarzonych różnego rodzaju problemami, ale również niesamowitymi zasobami. 

Pozwalacie każdemu być sobą i dlatego zbudowaliście prawdziwą społeczność? 

– Tak! Taki sposób myślenia, sprawił, że naprawdę kreatywni ludzie, wolontariusze włączyli się w nasze działania. Owszem, wnosili również wiele chaosu, ale chaos też jest twórczy! Z różnego rodzaju działań, zbudowaliśmy jakąś strukturę. Bo chociażby w przypadku osób z niepełnosprawnością intelektualną czy z doświadczeniem choroby psychicznej pewna systematyka działań i ich powtarzalność i pewna jednak rutyna, która daje poczucie bezpieczeństwa i stabilności, ale nie zawsze. Były takie sytuacje, kiedy irytowaliśmy się na wolontariuszy, że niszczą jakąś strukturę, ale po chwili orientowaliśmy się, że bez nich nigdy byśmy nie wykreowali takich form otwierania identyfikacji różnych talentów, które w tych właśnie uporządkowanych, powtarzających się, powiedziałabym, schematycznych działaniach w placówce byłyby niemożliwe. Szybko zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że chociaż osoby, które są nieprzeciętne, które tak jak powiedziałam, wynoszą zarówno ten zasób dobrej energii, jak i różnych rodzajów kłopotów, to szybko zobaczyliśmy, że warto. Oczywiście trzeba było być czujnym, żeby pewne granice nie zostały przekroczone, ale kiedy efekt widzieliśmy, to wiele osób potrzebujących bardziej porządku swojej pracy, doceniało właśnie to, co się zadziało w ramach takiego „bałaganiarskiego” działania.  

Czyli kluczem były właściwie proporcje miedzy porządkiem, a twórczym chaosem? Kiedy to nieusystematyzowane podejście było szczególnie potrzebne? 

– Na przykład podczas wyjazdów. Organizowaliśmy trzytygodniowe turnusy dla osób z różnymi niepełnosprawnościami, każdy liczył około 130 osób. Więc to były takie mega wielkie przedsięwzięcia i w teorii bardzo trudne – tak wielka grupa przez trzy tygodnie musi prowadzić wspólne życie, to bardzo łatwo może się nie udać. Wtedy ci kreatywni wolontariusze mieli pole do popisu. Co więcej, ich pomysły dawały początek projektom, które później były realizowane konsekwentnie, czasem już nie w takiej atrakcyjnej, artystycznej formie. 

Czyli takie przyzwolenie na pewien „chaos” było ogromną zmianą światopoglądową? 

– Zdecydowanie! To można porównać do wynalezienia Internetu na przykład. To była zmiana, która kompletnie zrewolucjonizowała nasze spojrzenie i podejście do osób z niepełnosprawnością. Później, jako wolontariusze, wyjeżdżali z nami też młodzi chłopcy, którzy byli w naszym schroniska dla osób bezdomnych. Kiedy obserwowałam jak ten proces resocjalizacji i przebudowy pewnego systemu wartości, hierarchii następuje u nich w trakcie tych działań pomocowych dla osób z niepełnosprawnością i szczególnie wtedy, kiedy uczestniczyli w różnego rodzaju aktywnościach jeszcze z wolontariuszami, to czułam ogromną satysfakcję. 

Jakim trzeba być człowiekiem, aby pracować w miejscu takim, jak Stowarzyszenie Otwarte Drzwi? 

– Trzeba mieć silny charakter, on jest u nas podstawą. Od samego początku marzyliśmy o tym, żeby ludzie, którzy trafią pod nasze skrzydła nie czuli ciężaru przyjmowania tej pomocy. O to bardzo dbała założycielka Stowarzyszenia i aktualna pani prezes to kontynuuje. Skupiamy się na budowaniu relacji, zależności. Pokazujemy im, że w jakiś sposób mogą pomóc innej grupie, innym osobom potrzebującym wsparcia. W ten sposób zrodziła się bardzo ważna dla nas idea empowermentu. Dla przykładu: osoby doświadczone kryzysem bezdomności, których wspieraliśmy, podejmowały pracę na rzecz osób z niepełnosprawnością, na rzecz ośrodków dla osób z niepełnosprawnością, na rzecz seniorów czy osób, które z musiały opuścić swój kraj i szukały w Polsce schronienia. Proszę mi wierzyć, obserwując to, jak te działania potrafią zmienić świadomość, mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że żaden proces psychoedukacji, żaden proces „uczenia na sucho” nie dawał takich elektów! Oni wreszcie zaczęli myśleć, że są potrzebni, być może niektórzy czuli to po raz pierwszy raz w życiu. Mieli świadomość, że ktoś patrzył na nich z wdzięcznością, bo otrzymywał od nich wsparcie. To naprawdę było świetne działanie streetwalkingu naszych mieszkańców. W przypadku osób z niepełnosprawnością intelektualną tworzyliśmy warunki, żeby osoby te też miały możliwość wybudowania swojego poczucia własnej wartości i znaczenia w społecznej hierarchii poprzez działania na rzecz innych grup, na przykład na rzecz seniorów. Oczywiście przy naszym wsparciu i monitoringu angażowali się w różne projekty jako wolontariusze. To były pierwsze projekty, gdzie osoby z niepełnosprawnością wykonywały prace porządkowe, a właściwie i świadczyły wsparcie wszelkiego typu, pracując zawsze w parach, podejmując różnego rodzaju działania pomocowe na rzecz seniorów. Z czasem ta grupa przekształciła się w grupę edukatorów społecznych i to dawało świadectwo tego, jak ważny był to proces. To, co najlepiej, moim zdaniem, wpływa na społeczne postawy to tworzenie warunków do jakiegoś wspólnego działania z innymi grupami społecznymi. Ciągle realizujemy tego typu inicjatywy i jesteśmy z tego bardzo dumni. Zresztą muszą przyznać, że uczestnicy też niejako oczekują takiej możliwości awansu. W 2005 roku powołaliśmy klub, który nazywał się „Sami dla siebie” – liderzy, czyli wybrani przez poszczególne społeczności placówek, przechodzili przez proces bardzo intensywnego przygotowania do pełnienia takich ważnych ról dla osób w kryzysie psychicznym. Teraz pewnie nazwali byśmy ich asystentami zdrowienia. Tutaj chodziło o pewnego rodzaju przewodników, którzy już osiągnęli pewien poziom i mogły być dla osób zaczynających inspiracją, wskazać im właściwą ścieżkę. 

Mam takie wrażenie, że przede wszystkim to Stowarzyszenie powstało z chęci zrobienia czegoś „więcej”, że jakby ideą, która państwa zespoliła jest to, że zbuntowaliście się przeciwko jakimś systemowym ograniczeniom i stwierdziliście, że znajdziecie sposób, aby zrobić więcej dla tych, którzy tego potrzebują. Wydaje mi się, że taka myśl, taka idea towarzyszy państwu do dzisiaj. Zgodzi się pani ze mną? Jeśli się mylę, to oczywiście proszę mnie poprawić.  

– Dokładnie tak jest! Powiedział pan dokładnie to, co cały czas chcę wyartykułować. Widzieliśmy więcej. Mało tego, założyliśmy sobie od początku, że nie zadowalają nas rozwiązywania istniejących problemów, ale staramy się też obserwować, czy nie rodzą się nowe. Z perspektywy takich nawet pojedynczych różnego rodzaju zdarzeń, które mogły przybrać taki statystyczny charakter, staraliśmy się działać prewencyjnie, żeby to się nie przerodziło w większy problem. Tak było na przykład z problemem uzależnień, które zaczęły występować u osób z niepełnosprawnością intelektualną, ze sprawami dotyczącymi intymności osób z niepełnosprawnością, które systemowo pozbawione były wsparcia, a ich rodziny popełniały w tej kwestii wiele błędów. Już dwadzieścia lat temu zaczęliśmy w Stowarzyszeniu edukować osoby z niepełnosprawnością w temacie ich intymności. Pierwszy taki projekt „AMOR” jeszcze jest w placówkach realizowany. Teraz na bazie naszych doświadczeń udało się opracować nowy, dzięki Marcie Marysi Skrobackiej nasze podejście do seksualności osób z niepełnosprawnościami ewoluowało. 

„Coś więcej” to też brak strachu i chęć ciągłego rozwijania swojej działalności? 

– Dlatego nasze działania kierujemy do różnych grup społecznych. Teraz zbliżamy się do takiego momentu w tej historii stowarzyszenia, który można powiedzieć jest przełomowy, bo po trzydziestce to już jest można powiedzieć nowa historia, to już jest też historia, która łączy pokolenia.  

Czego nauczyła się pani od tych osób, które trafiały pod wasze skrzydła? Czego w ogóle można nauczyć się od tych najsłabszych, którzy nas potrzebują? Czy to jest tak też, że my także ich do czegoś potrzebujemy?  

– Nie ulega wątpliwości, że tak i myślę, że wszyscy ludzie, którzy pracują czy związani są ze Stowarzyszeniem, mają pełną świadomość tego, że pomiędzy tym, co daliśmy innym, a tym, co dostajemy dzięki wspieraniu osób, które tego potrzebują, jest równowaga. Czy czegoś nauczyłam się od osób, które wspieraliśmy? Może nie do końca powiedziałabym, że czegoś się od nich bezpośrednio nauczyłam, bo miałam i mam szczęśliwe, dobre życie rodzinne, co pozwoliło mi rozwinąć jakiś szczególny rodzaj wrażliwości i szacunku do drugiego człowieka, ale dzięki temu, co udało się nam zbudować w Stowarzyszeniu, to mam ogromny szacunek do podmiotowości drugiego człowieka niezależnie od tego, w jakiej kondycji ona lub ona był i jest. W kondycji w sensie zdrowotnym, mieszkaniowym, ekonomicznym, ideologicznym, czy też w związku ze swoimi predyspozycjami. Oni nauczyli mnie szczerego i bezrefleksyjnego szacunku tak potrzebnego w miejscu, do którego często trafiają ludzie pokiereszowani społecznie albo w różnych obszarach, mający bardzo złe mniemanie o sobie, niewierzący w swoją wartość. Kiedy drugiego człowieka obdarzamy szacunkiem i traktujemy to tak samo jak każdego innego, to on zaczyna nas słuchać, zaczyna się tworzyć między nami więź. Relacja z drugim człowiekiem to podstawa w pracach z każdą grupą, a także w ogóle z ludźmi. Nie tylko w kontaktach z osobami dotkniętymi różnymi formami społecznego wykluczenia. Kiedy my zaczęliśmy jako pierwsi w ogóle, podejrzewam w Polsce, zaczęliśmy stosować w kontaktach z osobami z niepełnosprawnością intelektualną taką formę komunikacji, którą się powszechnie stosuje, czyli dla osób dorosłych formę „per pan”. Początkowo te osoby broniły się za wszelką cenę przed nazywaniem ich „panem” lub „panią”. Wydaje mi się, że w ten sposób chcieli walczyć ze swoją dorosłością, bo przecież do dziecka nie mówimy „pani Ilona”. Jako dzieci byli zaopiekowali, mieli poczucie bezpieczeństwa, a my podkreślaliśmy, że nie są już dziećmi.  Jednak nazywając ich tak jak innych dorosłych nauczyliśmy ich aby oczekiwali od otoczenia właściwego traktowania w sferach różnych potrzeb, żeby nie dawali się wykorzystywać. Ta forma, którą zaczęliśmy stosować, która początkowo wydawała się tylko fasadą, okazała się czymś więcej i to się tak sprawdziło. W tej chwili to już jest taką rzeczą zupełnie oczywistą. Wtedy to było trudne. Po kilkunastu latach kontaktu z niektórymi osobami, którym mówiłam po imieniu, a one nazywały mnie panią Iwonką, musieliśmy nauczyć się komunikować na nowych zasadach. Udało się, poradziliśmy sobie z tym. Zmiana formy komunikacji to jednak nie wszystko! Za tym musi iść prawdziwy szacunek, najgłębszy i taki podmiotowy sposób traktowania, pytania przede wszystkim, niedawania gotowych recept i rozwiązań, rozmawiania o ich wizji, o tym, czego oni chcą, co jest dla nich ważne. Wtedy czują się naprawdę ważni, zaczynają się czuć współodpowiedzialni za ten proces. I raz jeszcze podkreślę, żadne wykształcenie bez tych „kamieni”, bez „szczebelków”, które się pokonuje nie wystarczy. Taki międzyludzki, elementarny, zwyczajny sposób codziennego kontaktu z drugim człowiekiem to trzon naszej tożsamości. Bez niego w środku człowiek się rozpada. Myślę, że w ten sposób też udało nam się zbudować pozycję, którą zdobyliśmy. Jesteśmy odbierani wśród innych organizacji pozarządowych jako profesjonaliści i innowatorzy, ale oni doceniają także nasze morale. 

Co chciałaby pani przekazać tym wszystkim ludziom, którzy może w tej chwili właśnie zastanawiają się, czy stowarzyszenie Otwarte Drzwi to jest miejsce, w którym mogą się realizować i robić dla potrzebujących „coś więcej”?.  

– Powiedziałabym im, żeby po prostu przyszli i zobaczyli na własne oczy, jak pomagamy, jak pracujemy, jak działamy w zespole. Ludzie, którzy do nas przychodzą, bardzo szybko weryfikują się sami, czy to jest miejsce dla nich, czy nie. To jest miejsce mocno wymagające, ale jednocześnie bardzo wiele dające. Cała kadra zarządzająca tym miejscem, to osoby, które zaczynały jako wolontariusze i wolontariuszki.  Wszyscy, którzy nie zgadzają się na otaczającą nas rzeczywistość powinni sami się przekonać, czy to jest właśnie miejsce dla nich. Większość osób, które nas poznaje, doznaje takiego rodzaju fascynacji, kiedy zaczynają z nami działać. Bycie częścią naszej społeczności jest dla wielu osób ważne nie tylko w kontakcie zawodowym ale i osobistym. W tym stowarzyszeniu można odnaleźć coś, co stanowi, że później członków swoich rodzin angażujemy do różnego rodzaju działań, że nie patrzymy na to tylko na to, jako na pracę, ale jak na miejsce, które równie dużo może dać nam, jak i potrzebować. Brałam udział w wielu spotkaniach rekrutacyjnych, zawsze wtedy pokazywałam ludziom, z czym tak naprawdę wiąże się praca i wolontariat w Stowarzyszeniu Otwarte Drzwi. Ta misyjność, która w dobie korporacyjno-materialistyczno-kapitalistycznej jest tak bardzo potrzebna, nas wyróżnia. To nie jest miejsce dla każdego. Ale jeśli poczujemy tę więź, to naprawdę wiele możemy zyskać. Pomiędzy członkami naszej społeczności rodzą się uczucia, byliśmy świadkami narodzin wielkich miłości, przyczyniliśmy się do powstania szczęśliwych małżeństw i narzeczeństw. Wszystkim, którzy myślą o tym, żeby do nas dołączyć powiem jedynie: jeśli ktoś potrzebuje rozwoju jako człowiek, chce doskonalić swoją osobowość, jednocześnie chce się dobrze, praktycznie wykształcić, to to jest miejsce dla niego. Jeżeli poszukuje odpowiedzi na wiele skomplikowanych pytań, jeśli nie ogranicza się do schematu dnia codziennego, to powinien czym prędzej do nas dołączyć. 

Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją

Adrianna Drozdowska psycholożka z Ośrodka Wsparcia Partnerzy, wyjaśnia jak niebezpieczna jest depresja i jak ważne jest leczenie tej choroby.

Jak często w twojej praktyce diagnozuje się depresję? Jakie symptomy powinny zaalarmować nas samych lub naszych bliskich?

– Według statystyk na depresję cierpi nawet 5-10% Polaków, według WHO do 2030 roku depresja będzie najczęściej występującą chorobą na świecie. Powinniśmy zwrócić uwagę na utrzymujący się dłużej obniżony nastrój, utratę odczuwania radości z rzeczy które nas wcześniej cieszyły, nieustanne zmęczenie, kłopoty ze snem – czyli bezsenność lub nadmierną senność – zmiany w apetycie, trudności z koncentracją i podejmowaniem decyzji, obniżone poczucie wartości i samoocenę, poczucie winy i beznadziei, drażliwość, izolację społeczną, myśli samobójcze lub ogólnie częste myślenie o śmierci. Nie jest to kwestia wystąpienia pojedynczego objawu, a kombinacji objawów, które sprawiają nam długotrwałe cierpienie. Nie powinno nas też zmylić, że pomimo występowania tych objawów potrafimy się zmobilizować do pracy, uśmiechać się i funkcjonować w społeczeństwie. Maskowanie objawów nie wyklucza depresji.

Dlaczego w kontekście depresji ludzie tak bardzo boją się poprosić o pomoc?

– Przyczyny mogą być różne – od unieważniania swoich objawów („inni mają gorzej, ja jeszcze jakoś funkcjonuję ”), przez wstyd („nie radzę sobie”) aż po negatywne przekonania na temat psychologii, psychiatry i psychoterapii („co jeśli okaże się, że jestem nienormalny?”, „do psychiatry chodzą naprawdę pokręceni ludzie”). Częściej po pomoc zgłaszają się kobiety. Świadomość na temat depresji rośnie, ale ludziom nadal zdarza się zapominać, że depresja jest chorobą a nie oznaką słabości.

Jaka jest świadomość społeczna depresji? Czy ludzie zdają sobie sprawę z tego, do czego może ona prowadzić?

– Świadomość istnienia depresji wzrasta, aczkolwiek z mojej perspektywy ludzie bardziej są świadomi istnienia choroby, ewentualnie jej objawów niż potencjalnego ryzyka samobójczego i innych konsekwencji. Dodatkowo wraz z treściami psychoedukacyjnymi w internecie, na portalach społecznościowych pojawia się sporo „pop-psychologii” zawierającej wiele uproszczeń, stąd do świadomości wkrada się też wiele nieprawdziwych przekonań.

Jak powinniśmy traktować osoby ze zdiagnozowaną depresją?

– W wielu sprawach „zwyczajnie” – z szacunkiem, życzliwością, przestrzeganiem granic. Warto być przy takiej osobie -(to już bardzo dużo! – nie udzielać „mądrych rad”, jeśli o nie nie poprosi. Przydatna będzie cierpliwość i nie zniechęcanie się jej towarzystwem, nawet jeśli chwilowo nie ma za dużo zasobów do zaoferowania. Jeśli osoba jeszcze nie skorzystała z pomocy specjalisty to warto ją do tego zachęcać, ale nie zmuszać. Ważne też jest, żeby zadbać o siebie i nie wchodzić w rolę specjalisty – nie tego oczekujemy od bliskich.

fot. Małgorzata Mikołajczyk

Przyjaźń z niemal 25-letnim stażem

Senator Marek Borowski o działalności Stowarzyszenia Otwarte Drzwi dowiedział się od jednej z osób, która odwiedziła jego biuro poselskie. Zachęcony przez mieszkankę Warszawy, Marszałek Sejmu IV Kadencji, spotkał się z założycielką Stowarzyszenia Anną Machalicą-Półtorak i poznał całe spektrum naszej działalności. Od tamtego wydarzenia minęło prawie 25 lat, a inicjatyw Stowarzyszenia, przy których mogliśmy liczyć na pomoc Pana senatora nie sposób zliczyć. 

W jakich okolicznościach dowiedział się Pan o istnieniu takiej organizacji jak Stowarzyszenie Otwarte Drzwi? 

– Jestem parlamentarzystą od 1991 roku – wtedy jeszcze Stowarzyszenie Otwarte Drzwi nie działało. Byłem posłem mieszkającym w Warszawie ale wybranym z województwa pilskiego – nieistniejącego już dzisiaj, jednego z czterdziestu dziesięciu. Reprezentując mieszkańców Piły i okolic to tam koncentrowałem swoją działalność i poza posiedzeniami Sejmu, które się odbywały w Warszawie, działałem w moim okręgu wyborczym. Trwało to dziesięć lat – od 1991 do 2001 roku. W wyborach parlamentarnych w 2001 roku wystartowałem z okręgu warszawskiego. Po nich zostałem wybrany Marszałkiem Sejmu. Moje Biuro Poselskie nie mieściło się, tak jak dzisiaj na Pradze – mimo, że z Pragą jestem najbardziej związany, przede wszystkim dlatego, że tutaj się urodziłem – wtedy biuro działało przy ulicy Lwowskiej na lewym brzegu Wisły, właśnie tam któregoś dnia pojawiła się kobieta, która w jakiś znany tylko sobie sposób sforsowała kody niezbędne do wejścia i odwiedziła mnie niezapowiedziana. Dzisiaj standardy i zasady są trochę inne, do mojego biura senatorskiego może wejść każdy, nawet z ulicy, bo drzwi są zawsze otwarte –  skoro współpracuję z „Otwartymi Drzwiami” to nie mam innego wyjścia (śmiech). Aby wejść do biura przy ul. Lwowskiej najpierw trzeba było wpisać kod do bramy wejściowej, a potem jeszcze inny kod do samej siedziby biura. Jak ona sforsowała te dwa kody? Nie wiem, ale jakoś to zrobiła. Pojawiła się w biurze, było wtedy u mnie trochę osób. Ta kobieta miała przy sobie kartkę z informacjami o Stowarzyszeniu i powiedziała mi, czym Otwarte Drzwi się zajmują i bardzo stanowczo podkreślała, że jako parlamentarzysta powinienem zainteresować się tą działalnością. Jeszcze za czasów tzw. „pilskich” współpracowałem z organizacjami niosącymi pomoc, postanowiłem przełożyć tę praktykę na grunt warszawski i oczywiście się zainteresowałem. Odwiedziłem panią Anię Machalicę, założycielkę i wieloletnią główną prezeskę, organizatorkę funkcjonowania Stowarzyszenia. Muszę powiedzieć, że ten pierwszy kontakt wywarł na mnie duże wyrażenie, bo pani Machalica zaprezentowała się jako osoba niezwykle kompetentna i przygotowana do tych wszystkich działań. Zarysowała całe spektrum, wachlarz działań, jak również przedstawiła mi różne projekty, które miała w głowie.  W ten sposób ten kontakt został nawiązany. 

Czyli wszystko zaczęło się do wizyty tajemniczej kobiety, powiedzmy „emisariuszki”, która w jakiś sposób sforsowała dwa kody i zamieniła z panem kilka słów o działalności Otwarte Drzwi? 

– Tak. Wydaje mi się, że była to osoba korzystająca ze wsparcia Stowarzyszenia – zdaje się, że była osobą z niepełnosprawnością intelektualną. Jeśli miała taką misję od ówczesnego Zarządu, aby do mnie dotrzeć, to wykonała ją wzorowo (śmiech). 

Pana przyjaźń ze Stowarzyszeniem Otwarte Drzwi trwa już ponad 20 lat – to był 2001 rok, czyli niebawem minie 25 lat. Co zadecydowało o tym, że to przypadkowe spotkanie sprzed 24 lat przerodziło się w długotrwałą i stabilną relację? 

– Muszę powiedzieć, że tutaj zadecydowały dwa czynniki. Pierwszy to sam fakt, że poznaliśmy się, poznałem i panią prezes i zespół i metody działania, które wzbudziły moje ogromne uznanie. No a drugi to, że działaliście wówczas głównie na Pradze. Dlatego, że od momentu, kiedy już przeszedłem do pracy parlamentarnej w Warszawie, skupiłem się na Pradze ze względu na moje korzenie. A jeśli chodzi o te kwestie wsparcia dla osób z różnymi nazwijmy to deficytami, to trzeba powiedzieć, że akurat dzisiaj to może już troszkę lepiej wygląda, ale wtedy wyglądało znacznie gorzej. Praga była zdecydowanie na gorszych pozycjach w porównaniu z lewą stroną Warszawy. 

Czy pamięta Pan pierwsze inicjatywy Stowarzyszenia, które tak bezpośrednio pan wspierał? 

– Takiej powiedziałbym chronografii to nie dam rady odtworzyć. Od kiedy się poznaliśmy to wspierałem różnego rodzaju inicjatywy, które się pojawiały. Moje wsparcie było różne, nie zawsze polegało na tych samych działaniach. Miałbym kłopot z ułożeniem ich chronologicznie w tej chwili, bo było ich naprawdę bardzo dużo. Na pewno jednym z pierwszych naszych wspólnych działań o największym wymiarze było utworzenie Stołówki Czerwony Rower. W budynku potrzebny był gruntowny remont, Stowarzyszenie nie miało na to pieniędzy. Wtedy znalazłem i przekonałem jednego z warszawskich deweloperów, żeby po prostu podjął się tego remontu w ramach prac społecznych. To była chyba największa inicjatywa. Pojawiały się także potrzeby, aby przygotować paczki z prezentami, chodziło oczywiście o wsparcie dla indywidualnych osób, brałem udział także w wigiliach i innych okolicznościowych uroczystościach, których przygotowanie wymagało wsparcia finansowego. Często chodziło tylko o obecność. Trochę niezręcznie mi o tym mówić, bo wygląda to tak, że moja obecność była tak ważna. Natomiast wiem, że dla wielu osób, które pracują, działają społecznie, często w trudnych środowiskach, i zdarza się, że są niedoceniane, że ich praca – przecież bardzo ważna społecznie – jest niezauważana. Dla nich ważne jest to, że pojawi się osoba, która jest znana. Ja dzięki tej współpracy przy wielu inicjatywach zapoznawałem się z konkretnymi problemami, które akurat występowały. Nie rozmawialiśmy przecież tylko o pogodzie, ale także o tym, co się dzieje, jakie są projekty, gdzie są jakieś braki, czy można w czymś pomóc? W zasadzie starałem się i nadal staram bywać na wszystkich sztandarowych imprezach, które Otwarte Drzwi organizują. Jednocześnie przy wszelkiego rodzaju akcjach albo wspomagałem je osobiście, albo szukałem sponsorów czy jakiejś fundacji, która mogłaby włączyć się w tę inicjatywę. Stałem się być także takim łącznikiem między Otwartymi Drzwiami a systemem.

Wspomina Pan o tym, że te nazwijmy to bardzo ogólnie organizacje niosące pomoc od początku Pana pracy parlamentarnej, czy też pracy na rzecz ludzi są bardzo istotne. Z pańskiej perspektywy, jaki wpływ na podnoszenie świadomości społecznej i akceptację osób wykluczonych we wszelakich aspektach, jaki wpływ na to, że jest lepiej niż było ma działalność Stowarzyszenia Otwarte Drzwi? 

– Współpracuję z wieloma różnymi instytucjami, czy podmiotami wspierającymi potrzebujących, ale Otwarte Drzwi są niewątpliwie największą tego typu organizacją, skupiającą wielu wolontariuszy, mającą bardzo szerokie spektrum działań, nie tylko na Pradze. Ja działam tutaj, zwłaszcza od roku 2011, kiedy jestem senatorem, a nie posłem. Trzeba dodać, senatorem z okręgu praskiego dokładnie. W związku z tym już zupełnie koncentruje się na tym terenie. Nie mam porównania z organizacjami z lewego brzegu, ale wydaje mi się, biorąc pod uwagę, że Otwarte Drzwi prowadzą ośrodki i inne jednostki w innych dzielnicach – na Ochocie, Woli, Wilanowie, czy od niedawna także na Ursynowie – to z całą pewnością, znaczenie działalności tej organizacji dla poprawy sytuacji osób wykluczonych, nie tylko na Pradze, ale zwłaszcza na prawym brzegu jest widoczne. Wiem, że skala potrzeb jest bardzo duża, więc na pewno jedna organizacja tego typu nie rozwiąże wszystkich problemów – zaangażować muszą się też organizacje samorządowe, organy władzy. Nie można wszystkiego złożyć na organizacje społeczne! 

Pan senator wspomina o swoim przywiązaniu do Pragi, do tego konkretnego „kawałka” miasta stołecznego. Chciałbym zaproponować, abyśmy pobawili się w tak zwaną historię alternatywną, czego podobno nie wolno robić. Czy wyobraża Pan sobie, że warszawska Praga, czyli miejsce, gdzie właściwie bije serce naszego stowarzyszenia, funkcjonuje bez nas, bez Stowarzyszenia Otwartej Drzwi? 

– Na upartego można sobie wyobrazić, że nie ma tej organizacji, nie ma innych organizacji, ale to trudne. Kiedy biorę udział w imprezach, czy wydarzeniach rozrywkowych i tam spotyka się osoby przez Was wspierane, mam okazję z nimi porozmawiać, oni mnie bardzo serdecznie witają, traktują jak kogoś bliskiego, to dochodzę do wniosku, że jeśli nie będzie tego typu organizacji jak Otwarte Drzwi, to ja nie wiem, kto się zajmie tymi ludźmi. Organizacje państwowe będą miały z tym poważny problem. Praga bez Otwartych Drzwi – to raczej nie jest możliwe. Organizacje społeczne wiedzą, kto potrzebuje pomocy, bo działają w konkretnym środowisku, są jego częścią, wiedzą jak dotrzeć do tych osób. Odpowiadając na to pytanie – jestem w stanie sobie wyobrazić Pragę bez Otwartych Drzwi, ale nie chcę tego robić. 

Mówi Pan o tym, że system nie może polegać wyłącznie na organizacjach społecznych. Z perspektywy polityka działającego już w tym systemie od wielu lat i mającego realny wpływ na to, jak kształtuje się nasza polska rzeczywistość, mającego też dużą wiedzę, co robią tego typu stowarzyszenia. Jak według Pana obecnie żyje się w naszym kraju osobom wykluczonymi? I może od razu zapytam, czy zauważalny jest taki progres w związku z tym, co było jeszcze 10, 15 czy 20 lat temu? 

– O to jak im się żyje, to wydaje mi się trzeba zapytać osoby wykluczone, bo to najlepsze źródło informacji w tym temacie. Możemy opierać się na badaniach socjologicznych, które mówią o tym, jak te osoby odbierają rzeczywistość, odbierają swoją pozycję, swoje miejsce w społeczeństwie. Nie chciałbym formułować jakichś kategorycznych odpowiedzi, że „lepiej im się żyje, czy znacznie lepiej”, bo to być może byłaby nieprawda. Mamy tutaj do czynienia z różnymi czynnikami. Z jednej strony na pewno na przestrzeni tych już 35 lat prawie od transformacji pojawiły się organizacje społeczne, które przedtem były marginalne. Generalnie za PRL-u władza nie bardzo była skłonna do tego, żeby opowiadać publicznie o tym, że ludziom się źle żyje. W związku z tym organizacje, które miały pomagać, nie istniały – bo oficjalnie nie było takiej potrzeby. Po roku 1989 rzeczywiście one zaczęły być tworzone, więc już samo to na pewno spowodowało pewną poprawę. Ale z drugiej strony mamy też inny czynnik, mianowicie postęp technologiczny i sposób życia – stres i inne aspekty psychologiczne, problem ze znalezieniem i utrzymaniem pracy, tego w PRL-u nie było. W PRL-u każdy miał pracę – jaka była wydajność pracy to inna sprawa, ale z pracą nie było problemu. Również kwestie związane z mieszkalnictwem – jednak wejście prywatnego kapitału generalnie w gospodarce, wiąże się z pewnymi regułami, czasami bezwzględnymi. To wszystko spowodowało, że jednocześnie pojawiły się różnego rodzaju czynniki, które sprawiały, że ludzie wypadali z jakiegoś normalnego trybu życia. Czy to były osoby w kryzysie bezdomności, czy to byli bezrobotni, czy to były osoby psychicznie słabsze – stres po prostu ich wykończył. Jak wiemy również relacje społeczne się trochę zmieniły. Spotykamy się z walką szczurów o posadę, o lepszą pracę. W związku z tym często ludzie psychicznie tego nie wytrzymują. Taki sposób życia, taki powiedziałbym właśnie way of life spowodował, że te potrzeby pomocy, opieki i wsparcia wzrosły. To, co może jest najbardziej widoczne na plus, to jest obecność i działania wobec niepełnosprawnych ruchowo. Czyli tych wszystkich, którzy mają problemy z poruszaniem się, w tym osób na wózkach. To rzeczywiście tutaj likwidacja barier, pozwoliła opuścić im mieszkania, wyjść do ludzi, być częścią społeczności. Natomiast jeżeli chodzi o problemy związane z kryzysem bezdomności, kryzysem psychicznym, to jak mówię, dopiero jakieś pogłębione badania mogłyby wykazać, czy posuwamy się w dobrym kierunku, poprawiamy sytuację, czy tylko walczymy, że tak powiem, uparcie starając się nie pogorszyć sytuacji. 

Panie senatorze, jako, można powiedzieć, członek tej społeczności z 25-letnim stażem, czego nauczył się Pan od osób, które tworzą całą rodzinę Stowarzyszenia Otwarte Drzwi? 

– Przede wszystkim ja pozostaję w głębokim podziwie i wdzięczności dla tych wszystkich osób. Dlatego, że ja nie wiem, czy ja bym się podjął takiej pracy, czy ja bym był psychicznie do tego przygotowany. Nie mówiąc o tym, że profesjonalnie, bo to jednak wymaga przygotowania merytorycznego i osobowościowego. Oczywiście są osoby, które po prostu z czystej wrażliwości to robią i robią to dobrze. No, ale jeżeli się pracuje np. z osobą, którą trzeba resocjalizować albo z osobą z niepełnosprawnością intelektualną i trzeba ją zachęcać do pewnych działań, do tego, żeby ona była bardziej samodzielna, to trzeba to robić umiejętnie. Niezależnie od tego, to ten mój głęboki podziw i wdzięczność do tych osób wynika z tego, że to jest w pewnym sensie praca i wdzięczna i niewdzięczna. Na pewno te osoby to robią, bo to lubią. Na pewno nie robią tego z przymusu więc można powiedzieć, że to jest ich pasja. Dlatego jeśli im się coś udaje, jeśli osoby wspierane zaczynają dawać sobie radę samodzielnie to jest praca wdzięczna. Z drugiej strony wasza praca jest niedoceniana publicznie. Jeśli chodzi o pracowników państwowych czy samorządowych, to się przejawiało przez całe lata w niskich uposażeniach. Praca z człowiekiem, który ma problemy osobiste to jest praca stresogenna i w związku z tym, jeżeli ktoś się jej podejmuje, to my wszyscy, którzy nie musimy tego robić, powinniśmy mu być niezwykle wdzięczni. Jest coraz więcej sytuacji, gdzie osoby niesamodzielnie potrzebują fachowego wsparcia. Dzisiaj nie ma już praktycznie rodzin wielopokoleniowych mieszkających razem, gdzie jedni opiekują się drugimi. W związku z tym jest problem. Dzieci mają problem z rodzicami, którzy zaczynają potrzebować opieki, którzy borykają się z problemami mentalnymi. Co z nimi robić? Oczywiście są ośrodki państwowe, samorządowe, ale wiemy, że jest ich za mało, nie wszystkie są na dobrym poziomie. Organizacje społeczne wiedzą, jak odpowiednio podejść do takich osób. Doskonałym przykładem jest ośrodek wsparcia Stowarzyszenia Otwarte Drzwi, który do niedawna działał w Wilanowie, a teraz funkcjonuje na Ursynowie. Dla mnie osoby pracujące bezpośrednio z osobami z rożnego rodzaju deficytami to jest grupa, którą najbardziej podziwiam. Dlatego się angażuję w to, bo ja nie mogę inaczej. Ja nie pójdę tam i nie zajmę się tymi osobami, bo nie wiem, może nie mam aż tego typu cierpliwości do tego, ani nie mam przygotowania. W związku z tym, jeżeli ktoś to robi, to moim obowiązkiem jest pomagać tak, jak potrafię. 

Jak Pan myśli, czego my jako członkowie i członkinie Stowarzyszenia mogliśmy nauczyć się od Pana przez niemal 25 lat? 

– Aż takie trudne pytanie? (śmiech). Moim zdaniem nasza relacja jest dwustronna, ale przepływ  informacji, odbywa się raczej w jedną stronę. Nie sądzę, by członkowie Stowarzyszenia mogli ode mnie się czegoś nauczyć. Może gdyby zamierzali startować do Sejmu albo do Senatu, no to może moje doświadczenie byłoby pomocne, ale raczej odradzałbym im ten pomysł, ponieważ są świetni w tym, co robią i byłaby wielka szkoda, gdybyśmy zamiast realnej pomocy drugiemu człowiekowi zajęli się polityką. 

Czego chciałby Pan życzyć całej społeczności Stowarzyszenia Otwarte Drzwi na kolejne lata działalności? 

Przede wszystkim tego, czego życzy się na przykład lekarzom pracującym w pogotowiu – jak najmniej pracy, czyli żeby było jak najmniej osób potrzebujących. Żebyście zawsze dawali radę pomóc wszystkim, którzy tego potrzebują, Po drugie, żebyście w instytucjach samorządowych czy państwowych, we wszystkich  MOPS-ach, OPS-ach i tak dalej, zawsze spotykali życzliwych ludzi – tam też są ludzie bardzo często wrażliwi, bardzo przejęci tą swoją pracą dlatego życzę Wam i im, abyście byli docenieni.  Wszystkim  po prostu chciałbym życzyć, żeby byli odpowiednio doceniani przez społeczeństwo. Ciągle robimy takie badania, które zawody są najbardziej potrzebne. W rankingach pojawiają się lekarze, nauczyciele, inżynierowie, a pracownik społeczny?  Czy on tam w ogóle się pojawia? A ja właśnie chciałbym, żeby był ujęty w tych zestawieniach i pojawiał się na wysokim miejscu, ale to ja bym sobie tego bym życzył. Czego jeszcze Wam życzę?  Żeby było jak najmniej problemów z posykiwaniem środków. 

Na zakończenie tej rozmowy chciałbym Pana prosić o kilka skojarzeń, ewentualnie dokończenie jakiejś sentencji: „Bez barier?” 

– Społeczeństwo. 

Miłość? 

-No to pójdę banałem, nie wyklucza. 

Równość? 

– Podstawa. 

Lepszy świat? 

– Trzeba o niego walczyć. 

Otwarta drzwi? 

– Tu nasuwa mi się ich kilka, ale wybiorę: Każdy może wejść. 

Praga? 

– Centrum mojego życia. 

Jutro? 

– Może być lepiej. 

Nasz „rowerowy” dziadek Krzysztof

Był cenionym producentem telewizyjnym i współautorem przewodników kulinarnych, teraz razem z żoną korzysta z zasłużonego wypoczynku i często odwiedza warszawskie restauracje i bistra szukając dobrego smaku domowych dań. Pan Krzysztof stał się nie tylko stałym bywalcem, ale i przyjacielem całego zespołu Kuchni Czerwony Rower.

Pamięta pan, kiedy wraz z żoną przekroczyliście po raz pierwszy progi Kuchni Czerwony Rower?

– Kilka miesięcy temu trafiliśmy tu z żoną po raz pierwszy. Mamy już ponad 80 lat i wolny czas spędzamy na poszukiwaniu restauracji oferujących tradycyjne dania kuchni polskiej. Ktoś ze znajomych polecił nam to miejsce. Przyjechaliśmy do Czerwonego Roweru nie znając specyfiki tego lokalu i od razu oczarowała nas kuchnia i atmosfera oraz świadomość tego, ile ci ludzie robią dla całej społeczności osób wykluczonych. Sam jestem osobą niedowidzącą i doskonale wiem, jak to jest ważne. Jesteśmy z żoną bardzo samodzielni, pomagamy sobie nawzajem, ale kiedy jesteśmy w lokalu czy restauracji, to czujemy się niepewnie. Tutaj tej niepewności nie ma. Zaprzyjaźniliśmy się z pracownikami, zwłaszcza z moim kolegom, który nie widzi, tak jak ja. Atmosfera robi lokal, tutaj to się sprawdziło. Opiekunka tego „bałaganu” prowadzi go doskonale. Kucharz jest według mnie fenomenalny i oni są fenomenalni. Przed wydaniem książki sprawdziłem prawie 500 lokali i nikt nigdy nie wiedział, czym się zajmuję. To się zawsze sprawdzało, bo w innym przypadku można by podejrzewać, że kuchnia stara się bardziej. Tutaj zespół stara się dla każdego.

Co szczególnie poleca pan z menu rowerowego?

– Wszystko, co jadłem w tym miejscu jest pyszne. Zazwyczaj dowiaduję się z wyprzedzeniem, co zaserwuje kuchnia i wtedy z żoną odwiedzamy Czerwony Rower. Muszę jednak wspomnieć o rybie ze szpinakiem, która była naprawdę wyśmienita! Praktycznie nie miałem żadnego zastrzeżenia do dań, których tu spróbowałem. Nawet ziemniaki, które nakłada pani Weronika są fenomenalne! Tu wszystko jest świeże i to stanowi o ogromnej wartości – smaku i zapachu. Proszę zauważyć, zapach i atmosferę czuć tutaj od kiedy tylko się tu wejdzie.

Jak rozpoczęła się pana przygoda z gastronomią? Kiedy i w jakich okolicznościach pokochał pan jedzenie?

– To wyszło bardzo naturalnie. Dojdzie pan kiedyś, do takiego momentu w życiu, kiedy zatęskni pan za kuchnią babci. Ja tęskniłem i szukałem jej długo. Znalazłem takie smaki właśnie w Kuchni Czerwony Rower. Tu jest kuchnia mojej babci!

Dlaczego pani Weronika musi pana nazywać „dziadkiem”?

-Przedstawiłem się, kiedy pierwszy raz przekroczyliśmy próg tego lokalu. Pani Weronika też się przedstawiła. Zgodziliśmy się co do tego, że ma piękne imię, bo tak samo nazywała się moja babcia. Doszliśmy do konsensusu, że ja jestem dziadkiem, moja żona babcią, a pani Weronika, babcią Weroniką.

Jak często bywają państwo w Kuchni Czerwony Rower?

– Można powiedzieć, że karmią nas prawie codzienne, bo często zabieram jedzenie także na wynos. Ale do Czerwonego Roweru zaglądamy przynajmniej dwa razy w tygodniu.

Jest pan osobą niedowidzącą, jak wyobraża sobie pan nasze przedsiębiorstwo społeczne?

– Zwracam uwagę na wszystkie zapachy – szalenie istotny jest zapach jedzenia. Jedna nutka zła zepsuje całe danie. Tutaj nie ma zepsutych dań.

Osoby z niepełnosprawnością mają prawo do miłości!

Edukatorka Stowarzyszenia Otwarte Drzwi Marta Marysia Skrobacka wyjaśnia, dlaczego tak ważne jest niepozbawianie dorosłych osób z niepełnosprawnością intelektualną seksualności, tożsamości i prawa do miłości.

Dlaczego w przestrzeni publicznej osoby z niepełnosprawnością intelektualną pozbawia się swojej seksualności, tożsamości i prawa do miłości?

W przestrzeni publicznej osoby z niepełnosprawnością intelektualną nie tyle są wprost pozbawiane seksualności, tożsamości i prawa do miłości, co często traktowane jak „wieczne dzieci”. Wraz z odebraniem im dorosłości odbiera się im również prawo do przeżywania dojrzałych uczuć, budowania relacji partnerskich i wyrażania swojej seksualności. Problem polega na tym, że społeczeństwo często nie dopuszcza się myśli, że osoby z niepełnosprawnością intelektualną są pełnoprawnymi dorosłymi, z potrzebą bliskości, intymności i miłości. W konsekwencji, ich seksualność jest spychana na drugi plan, traktowana lekceważąco  czy bardziej  „adekwatnie do wieku dziecięcego”, a nie rzeczywistej dojrzałości biologicznej i emocjonalnej. Być może wynika to z utrwalonych stereotypów, a być może  z lęku czy nadopiekuńczości, która ogranicza autonomię. Łatwiej jest uznać, że temat nie istnieje niż zmierzyć się z koniecznością zapewnienia przestrzeni do bezpiecznego, świadomego i podmiotowego przeżywania relacji. Tymczasem osoby z niepełnosprawnością intelektualną mają takie same potrzeby miłości i bliskości jak każdy człowiek. Problemem nie jest ich seksualność, lecz społeczna niezgoda na uznanie ich dorosłości.

jak ważna jest odpowiednia edukacja seksualna uczestników Stowarzyszenie Otwarte Drzwi?

Odpowiednia czyli dostosowana do potrzeb, ale też ograniczeń wynikających z niepełnosprawności , edukacja seksualna uczestników Stowarzyszenie Otwarte Drzwi jest jednym z elementów rehabilitacji osób z niepełnosprawnością intelektualną w naszej organizacji. Nie stanowi ona dodatku ani tematu pobocznego, lecz jest integralną częścią  wsparcia osobistego, społecznego, a nawet i zawodowego. Już ponad 20 lat temu w Stowarzyszeniu  powstał autorski program edukacji seksualnej „Amor”, który był odpowiedzią na realne potrzeby uczestników. Program ten został w ostatnich latach uaktualniony, zarówno w oparciu o doświadczenia praktyczne zdobyte przez dwie dekady pracy, jak i o postęp cywilizacyjny oraz aktualną wiedzę medyczną. Nie da się budować spójnego systemu wsparcia osób z niepełnosprawnością intelektualną, prowadzić rehabilitacji osobistej, społecznej i zawodowej, rozwijać mieszkalnictwa, jeśli pomija się to, co jest najbliżej człowieka – jego potrzeby emocjonalne, relacyjne i intymne. Edukacja seksualna to nie tylko przekazywanie wiedzy o fizjologii, ale przede wszystkim uczenie granic, budowania bezpiecznych relacji, rozpoznawania uczuć, wyrażania zgody, dbania o własne bezpieczeństwo i godność. To narzędzie wzmacniania podmiotowości, samostanowienia i odpowiedzialności. Dzięki systematycznej i dostosowanej do możliwości uczestników edukacji seksualnej możliwe jest realne wspieranie ich w dorosłości; w budowaniu relacji, rozumieniu siebie oraz funkcjonowaniu w społeczeństwie.

Na co zwracasz szczególną uwagę prowadząc zajęcia w ramach programu „Intymnie”?

Prowadząc zajęcia w ramach programu „Intymnie” zwracam szczególną uwagę na pracę w modelu pozytywnej seksualności. Oznacza to, że nie demonizuję seksualności ani nie przedstawiam jej w kategoriach zagrożenia, lecz omawiam ją jako naturalny i ważny obszar życia każdego człowieka, zorientowany również na zdrowie, przyjemność, rozwój i dobrostan. Skupiam się na budowaniu świadomości, odpowiedzialności i szacunku, zarówno wobec siebie, jak i innych. Zależy mi na tym, aby uczestnicy otrzymywali odpowiedzi na nurtujące ich pytania i wątpliwości, bez wstydu czy poczucia winy. Kluczowe jest dla mnie stworzenie atmosfery komfortu i bezpieczeństwa. Uczestnicy muszą mieć przestrzeń, w której mogą swobodnie zadawać pytania, dzielić się refleksjami i otrzymywać jasne, dostosowane do ich możliwości odpowiedzi. Dbam o to, by każdy został wysłuchany i by żadne pytanie nie zostało zlekceważone. Edukacja seksualna w tym ujęciu to nie tylko przekazywanie wiedzy, ale również wzmacnianie poczucia własnej wartości, uczenie granic, zgody i rozpoznawania emocji. Bardzo duży nacisk kładziony jest również na kwestie profilaktyki onkologicznej, to kolejny temat do zaopiekowania w przypadku osób z niepełnosprawnością intelektualną. Jednocześnie bardzo ważne jest dla mnie, aby rodzice, mimo że ich dzieci są już dorosłe, nie byli z tej edukacji całkowicie wykluczani. Często to oni przez lata pełnili rolę głównych opiekunów i naturalne jest, że potrzebują wsparcia, wiedzy i przestrzeni do rozmowy. Włączanie rodziców w proces edukacyjny sprzyja spójności przekazu, buduje zaufanie i zmniejsza lęk związany z tematem seksualności. Dzięki temu możliwe jest tworzenie bezpiecznego, wspierającego środowiska zarówno dla uczestników, jak i ich rodzin.

Ostatnimi czasy to edukacja seksualna jest wyjątkowo demonizowana. Czy spotkałaś się z niezrozumieniem idei prowadzonych przez Ciebie zajęć dla grupy OzN?

Coraz rzadziej spotykam się dziś z niezrozumieniem idei prowadzonych przeze mnie zajęć dla grupy osób z niepełnosprawnością.  Myślę, że w ostatnich latach nastąpiła pewna wymiana pokoleniowa, zarówno wśród rodziców, jak i kadry wspierającej – co przełożyło się na większą otwartość i lepsze rozumienie tematu seksualności. Coraz częściej edukacja seksualna postrzegana jest nie jako coś kontrowersyjnego, lecz jako naturalny i potrzebny element wsparcia rozwoju, także w przypadku osób z niepełnosprawnościami. Wzrasta świadomość, że seksualność jest integralną częścią życia każdego człowieka, a rzetelna edukacja w tym obszarze służy bezpieczeństwu, budowaniu relacji i poczuciu własnej wartości.

Co możesz odpowiedzieć wszystkich, którzy nie rozumieją tego, po co edukować w tym zakresie OzN?

Osobom, które nie rozumieją potrzeby edukacji seksualnej wśród osób z niepełnosprawnością , odpowiadam przede wszystkim, że mówimy o podstawowym prawie każdego człowieka –  prawie do wiedzy, do decydowania o sobie, do bezpieczeństwa i do godności. Osoby z niepełnosprawnościami nie są pozbawione seksualności. Mają takie same potrzeby emocjonalne, relacyjne i cielesne jak wszyscy inni. Brak edukacji nie sprawia, że temat znika. Wręcz przeciwnie, często prowadzi do sytuacji niebezpiecznych: przekraczania granic, nadużyć, nieumiejętności rozpoznania przemocy czy manipulacji. Rzetelna edukacja zwiększa świadomość własnych granic, uczy zgody, komunikacji i dbania o siebie. To realne narzędzie ochrony. Co więcej, odbieranie osobom z niepełnosprawnością dostępu do edukacji w tym zakresie pogłębia stygmatyzację – utrwala mit, że seksualność osób z niepełnosprawnościami jest czymś niewłaściwym albo że w ogóle jej nie ma. A to nie tylko nieprawda, ale też forma wykluczenia. Dlatego edukacja seksualna to nie ideologia, to element wspierania samodzielności, bezpieczeństwa i jakości życia. To inwestycja w świadome, bezpieczne i godne funkcjonowanie każdej osoby.

Rozstrzygniecie zapytania ofertowego

Rozstrzygniecie zapytania ofertowego z dnia 20.01.2026 r. projektu Zauważ – Zatrudnij – Zyskaj” IV – projekt zatrudnienia wspomaganego dla osób z niepełnosprawnościami, w tym głównie z zaburzeniami psychicznymi, o wartości 4 255 221,20 zł, realizowany w ramach umowy nr UM/PW9/2025/3/DEPT_DS_WSPOLPRACY/12034 z dnia 14 kwietnia 2025 roku, w okresie 1.04.2025 –29.02.2028 r.

Informujemy, że na zamieszczone na stronie internetowej Stowarzyszenia Otwarte Drzwi zapytanie ofertowe wpłynęła jedna oferta od firmy DPC Audit Partner Sp. z o.o. 

Oferta została prawidłowo przygotowana pod względem formalnym oraz merytorycznym i została zaakceptowana przez Zamawiającego. 

Wartość zamówienia na przeprowadzenie 3 audytów w 2026, 2027 i 2028 roku: 28 290,00 zł brutto [netto: 23 000,00 zł, VAT: 5290,00 zł

Przejdź do treści