Senator Marek Borowski o działalności Stowarzyszenia Otwarte Drzwi dowiedział się od jednej z osób, która odwiedziła jego biuro poselskie. Zachęcony przez mieszkankę Warszawy, Marszałek Sejmu IV Kadencji, spotkał się z założycielką Stowarzyszenia Anną Machalicą-Półtorak i poznał całe spektrum naszej działalności. Od tamtego wydarzenia minęło prawie 25 lat, a inicjatyw Stowarzyszenia, przy których mogliśmy liczyć na pomoc Pana senatora nie sposób zliczyć.
W jakich okolicznościach dowiedział się Pan o istnieniu takiej organizacji jak Stowarzyszenie Otwarte Drzwi?
– Jestem parlamentarzystą od 1991 roku – wtedy jeszcze Stowarzyszenie Otwarte Drzwi nie działało. Byłem posłem mieszkającym w Warszawie ale wybranym z województwa pilskiego – nieistniejącego już dzisiaj, jednego z czterdziestu dziesięciu. Reprezentując mieszkańców Piły i okolic to tam koncentrowałem swoją działalność i poza posiedzeniami Sejmu, które się odbywały w Warszawie, działałem w moim okręgu wyborczym. Trwało to dziesięć lat – od 1991 do 2001 roku. W wyborach parlamentarnych w 2001 roku wystartowałem z okręgu warszawskiego. Po nich zostałem wybrany Marszałkiem Sejmu. Moje Biuro Poselskie nie mieściło się, tak jak dzisiaj na Pradze – mimo, że z Pragą jestem najbardziej związany, przede wszystkim dlatego, że tutaj się urodziłem – wtedy biuro działało przy ulicy Lwowskiej na lewym brzegu Wisły, właśnie tam któregoś dnia pojawiła się kobieta, która w jakiś znany tylko sobie sposób sforsowała kody niezbędne do wejścia i odwiedziła mnie niezapowiedziana. Dzisiaj standardy i zasady są trochę inne, do mojego biura senatorskiego może wejść każdy, nawet z ulicy, bo drzwi są zawsze otwarte – skoro współpracuję z „Otwartymi Drzwiami” to nie mam innego wyjścia (śmiech). Aby wejść do biura przy ul. Lwowskiej najpierw trzeba było wpisać kod do bramy wejściowej, a potem jeszcze inny kod do samej siedziby biura. Jak ona sforsowała te dwa kody? Nie wiem, ale jakoś to zrobiła. Pojawiła się w biurze, było wtedy u mnie trochę osób. Ta kobieta miała przy sobie kartkę z informacjami o Stowarzyszeniu i powiedziała mi, czym Otwarte Drzwi się zajmują i bardzo stanowczo podkreślała, że jako parlamentarzysta powinienem zainteresować się tą działalnością. Jeszcze za czasów tzw. „pilskich” współpracowałem z organizacjami niosącymi pomoc, postanowiłem przełożyć tę praktykę na grunt warszawski i oczywiście się zainteresowałem. Odwiedziłem panią Anię Machalicę, założycielkę i wieloletnią główną prezeskę, organizatorkę funkcjonowania Stowarzyszenia. Muszę powiedzieć, że ten pierwszy kontakt wywarł na mnie duże wyrażenie, bo pani Machalica zaprezentowała się jako osoba niezwykle kompetentna i przygotowana do tych wszystkich działań. Zarysowała całe spektrum, wachlarz działań, jak również przedstawiła mi różne projekty, które miała w głowie. W ten sposób ten kontakt został nawiązany.
Czyli wszystko zaczęło się do wizyty tajemniczej kobiety, powiedzmy „emisariuszki”, która w jakiś sposób sforsowała dwa kody i zamieniła z panem kilka słów o działalności Otwarte Drzwi?
– Tak. Wydaje mi się, że była to osoba korzystająca ze wsparcia Stowarzyszenia – zdaje się, że była osobą z niepełnosprawnością intelektualną. Jeśli miała taką misję od ówczesnego Zarządu, aby do mnie dotrzeć, to wykonała ją wzorowo (śmiech).
Pana przyjaźń ze Stowarzyszeniem Otwarte Drzwi trwa już ponad 20 lat – to był 2001 rok, czyli niebawem minie 25 lat. Co zadecydowało o tym, że to przypadkowe spotkanie sprzed 24 lat przerodziło się w długotrwałą i stabilną relację?
– Muszę powiedzieć, że tutaj zadecydowały dwa czynniki. Pierwszy to sam fakt, że poznaliśmy się, poznałem i panią prezes i zespół i metody działania, które wzbudziły moje ogromne uznanie. No a drugi to, że działaliście wówczas głównie na Pradze. Dlatego, że od momentu, kiedy już przeszedłem do pracy parlamentarnej w Warszawie, skupiłem się na Pradze ze względu na moje korzenie. A jeśli chodzi o te kwestie wsparcia dla osób z różnymi nazwijmy to deficytami, to trzeba powiedzieć, że akurat dzisiaj to może już troszkę lepiej wygląda, ale wtedy wyglądało znacznie gorzej. Praga była zdecydowanie na gorszych pozycjach w porównaniu z lewą stroną Warszawy.
Czy pamięta Pan pierwsze inicjatywy Stowarzyszenia, które tak bezpośrednio pan wspierał?
– Takiej powiedziałbym chronografii to nie dam rady odtworzyć. Od kiedy się poznaliśmy to wspierałem różnego rodzaju inicjatywy, które się pojawiały. Moje wsparcie było różne, nie zawsze polegało na tych samych działaniach. Miałbym kłopot z ułożeniem ich chronologicznie w tej chwili, bo było ich naprawdę bardzo dużo. Na pewno jednym z pierwszych naszych wspólnych działań o największym wymiarze było utworzenie Stołówki Czerwony Rower. W budynku potrzebny był gruntowny remont, Stowarzyszenie nie miało na to pieniędzy. Wtedy znalazłem i przekonałem jednego z warszawskich deweloperów, żeby po prostu podjął się tego remontu w ramach prac społecznych. To była chyba największa inicjatywa. Pojawiały się także potrzeby, aby przygotować paczki z prezentami, chodziło oczywiście o wsparcie dla indywidualnych osób, brałem udział także w wigiliach i innych okolicznościowych uroczystościach, których przygotowanie wymagało wsparcia finansowego. Często chodziło tylko o obecność. Trochę niezręcznie mi o tym mówić, bo wygląda to tak, że moja obecność była tak ważna. Natomiast wiem, że dla wielu osób, które pracują, działają społecznie, często w trudnych środowiskach, i zdarza się, że są niedoceniane, że ich praca – przecież bardzo ważna społecznie – jest niezauważana. Dla nich ważne jest to, że pojawi się osoba, która jest znana. Ja dzięki tej współpracy przy wielu inicjatywach zapoznawałem się z konkretnymi problemami, które akurat występowały. Nie rozmawialiśmy przecież tylko o pogodzie, ale także o tym, co się dzieje, jakie są projekty, gdzie są jakieś braki, czy można w czymś pomóc? W zasadzie starałem się i nadal staram bywać na wszystkich sztandarowych imprezach, które Otwarte Drzwi organizują. Jednocześnie przy wszelkiego rodzaju akcjach albo wspomagałem je osobiście, albo szukałem sponsorów czy jakiejś fundacji, która mogłaby włączyć się w tę inicjatywę. Stałem się być także takim łącznikiem między Otwartymi Drzwiami a systemem.
Wspomina Pan o tym, że te nazwijmy to bardzo ogólnie organizacje niosące pomoc od początku Pana pracy parlamentarnej, czy też pracy na rzecz ludzi są bardzo istotne. Z pańskiej perspektywy, jaki wpływ na podnoszenie świadomości społecznej i akceptację osób wykluczonych we wszelakich aspektach, jaki wpływ na to, że jest lepiej niż było ma działalność Stowarzyszenia Otwarte Drzwi?
– Współpracuję z wieloma różnymi instytucjami, czy podmiotami wspierającymi potrzebujących, ale Otwarte Drzwi są niewątpliwie największą tego typu organizacją, skupiającą wielu wolontariuszy, mającą bardzo szerokie spektrum działań, nie tylko na Pradze. Ja działam tutaj, zwłaszcza od roku 2011, kiedy jestem senatorem, a nie posłem. Trzeba dodać, senatorem z okręgu praskiego dokładnie. W związku z tym już zupełnie koncentruje się na tym terenie. Nie mam porównania z organizacjami z lewego brzegu, ale wydaje mi się, biorąc pod uwagę, że Otwarte Drzwi prowadzą ośrodki i inne jednostki w innych dzielnicach – na Ochocie, Woli, Wilanowie, czy od niedawna także na Ursynowie – to z całą pewnością, znaczenie działalności tej organizacji dla poprawy sytuacji osób wykluczonych, nie tylko na Pradze, ale zwłaszcza na prawym brzegu jest widoczne. Wiem, że skala potrzeb jest bardzo duża, więc na pewno jedna organizacja tego typu nie rozwiąże wszystkich problemów – zaangażować muszą się też organizacje samorządowe, organy władzy. Nie można wszystkiego złożyć na organizacje społeczne!
Pan senator wspomina o swoim przywiązaniu do Pragi, do tego konkretnego „kawałka” miasta stołecznego. Chciałbym zaproponować, abyśmy pobawili się w tak zwaną historię alternatywną, czego podobno nie wolno robić. Czy wyobraża Pan sobie, że warszawska Praga, czyli miejsce, gdzie właściwie bije serce naszego stowarzyszenia, funkcjonuje bez nas, bez Stowarzyszenia Otwartej Drzwi?
– Na upartego można sobie wyobrazić, że nie ma tej organizacji, nie ma innych organizacji, ale to trudne. Kiedy biorę udział w imprezach, czy wydarzeniach rozrywkowych i tam spotyka się osoby przez Was wspierane, mam okazję z nimi porozmawiać, oni mnie bardzo serdecznie witają, traktują jak kogoś bliskiego, to dochodzę do wniosku, że jeśli nie będzie tego typu organizacji jak Otwarte Drzwi, to ja nie wiem, kto się zajmie tymi ludźmi. Organizacje państwowe będą miały z tym poważny problem. Praga bez Otwartych Drzwi – to raczej nie jest możliwe. Organizacje społeczne wiedzą, kto potrzebuje pomocy, bo działają w konkretnym środowisku, są jego częścią, wiedzą jak dotrzeć do tych osób. Odpowiadając na to pytanie – jestem w stanie sobie wyobrazić Pragę bez Otwartych Drzwi, ale nie chcę tego robić.
Mówi Pan o tym, że system nie może polegać wyłącznie na organizacjach społecznych. Z perspektywy polityka działającego już w tym systemie od wielu lat i mającego realny wpływ na to, jak kształtuje się nasza polska rzeczywistość, mającego też dużą wiedzę, co robią tego typu stowarzyszenia. Jak według Pana obecnie żyje się w naszym kraju osobom wykluczonymi? I może od razu zapytam, czy zauważalny jest taki progres w związku z tym, co było jeszcze 10, 15 czy 20 lat temu?
– O to jak im się żyje, to wydaje mi się trzeba zapytać osoby wykluczone, bo to najlepsze źródło informacji w tym temacie. Możemy opierać się na badaniach socjologicznych, które mówią o tym, jak te osoby odbierają rzeczywistość, odbierają swoją pozycję, swoje miejsce w społeczeństwie. Nie chciałbym formułować jakichś kategorycznych odpowiedzi, że „lepiej im się żyje, czy znacznie lepiej”, bo to być może byłaby nieprawda. Mamy tutaj do czynienia z różnymi czynnikami. Z jednej strony na pewno na przestrzeni tych już 35 lat prawie od transformacji pojawiły się organizacje społeczne, które przedtem były marginalne. Generalnie za PRL-u władza nie bardzo była skłonna do tego, żeby opowiadać publicznie o tym, że ludziom się źle żyje. W związku z tym organizacje, które miały pomagać, nie istniały – bo oficjalnie nie było takiej potrzeby. Po roku 1989 rzeczywiście one zaczęły być tworzone, więc już samo to na pewno spowodowało pewną poprawę. Ale z drugiej strony mamy też inny czynnik, mianowicie postęp technologiczny i sposób życia – stres i inne aspekty psychologiczne, problem ze znalezieniem i utrzymaniem pracy, tego w PRL-u nie było. W PRL-u każdy miał pracę – jaka była wydajność pracy to inna sprawa, ale z pracą nie było problemu. Również kwestie związane z mieszkalnictwem – jednak wejście prywatnego kapitału generalnie w gospodarce, wiąże się z pewnymi regułami, czasami bezwzględnymi. To wszystko spowodowało, że jednocześnie pojawiły się różnego rodzaju czynniki, które sprawiały, że ludzie wypadali z jakiegoś normalnego trybu życia. Czy to były osoby w kryzysie bezdomności, czy to byli bezrobotni, czy to były osoby psychicznie słabsze – stres po prostu ich wykończył. Jak wiemy również relacje społeczne się trochę zmieniły. Spotykamy się z walką szczurów o posadę, o lepszą pracę. W związku z tym często ludzie psychicznie tego nie wytrzymują. Taki sposób życia, taki powiedziałbym właśnie way of life spowodował, że te potrzeby pomocy, opieki i wsparcia wzrosły. To, co może jest najbardziej widoczne na plus, to jest obecność i działania wobec niepełnosprawnych ruchowo. Czyli tych wszystkich, którzy mają problemy z poruszaniem się, w tym osób na wózkach. To rzeczywiście tutaj likwidacja barier, pozwoliła opuścić im mieszkania, wyjść do ludzi, być częścią społeczności. Natomiast jeżeli chodzi o problemy związane z kryzysem bezdomności, kryzysem psychicznym, to jak mówię, dopiero jakieś pogłębione badania mogłyby wykazać, czy posuwamy się w dobrym kierunku, poprawiamy sytuację, czy tylko walczymy, że tak powiem, uparcie starając się nie pogorszyć sytuacji.
Panie senatorze, jako, można powiedzieć, członek tej społeczności z 25-letnim stażem, czego nauczył się Pan od osób, które tworzą całą rodzinę Stowarzyszenia Otwarte Drzwi?
– Przede wszystkim ja pozostaję w głębokim podziwie i wdzięczności dla tych wszystkich osób. Dlatego, że ja nie wiem, czy ja bym się podjął takiej pracy, czy ja bym był psychicznie do tego przygotowany. Nie mówiąc o tym, że profesjonalnie, bo to jednak wymaga przygotowania merytorycznego i osobowościowego. Oczywiście są osoby, które po prostu z czystej wrażliwości to robią i robią to dobrze. No, ale jeżeli się pracuje np. z osobą, którą trzeba resocjalizować albo z osobą z niepełnosprawnością intelektualną i trzeba ją zachęcać do pewnych działań, do tego, żeby ona była bardziej samodzielna, to trzeba to robić umiejętnie. Niezależnie od tego, to ten mój głęboki podziw i wdzięczność do tych osób wynika z tego, że to jest w pewnym sensie praca i wdzięczna i niewdzięczna. Na pewno te osoby to robią, bo to lubią. Na pewno nie robią tego z przymusu więc można powiedzieć, że to jest ich pasja. Dlatego jeśli im się coś udaje, jeśli osoby wspierane zaczynają dawać sobie radę samodzielnie to jest praca wdzięczna. Z drugiej strony wasza praca jest niedoceniana publicznie. Jeśli chodzi o pracowników państwowych czy samorządowych, to się przejawiało przez całe lata w niskich uposażeniach. Praca z człowiekiem, który ma problemy osobiste to jest praca stresogenna i w związku z tym, jeżeli ktoś się jej podejmuje, to my wszyscy, którzy nie musimy tego robić, powinniśmy mu być niezwykle wdzięczni. Jest coraz więcej sytuacji, gdzie osoby niesamodzielnie potrzebują fachowego wsparcia. Dzisiaj nie ma już praktycznie rodzin wielopokoleniowych mieszkających razem, gdzie jedni opiekują się drugimi. W związku z tym jest problem. Dzieci mają problem z rodzicami, którzy zaczynają potrzebować opieki, którzy borykają się z problemami mentalnymi. Co z nimi robić? Oczywiście są ośrodki państwowe, samorządowe, ale wiemy, że jest ich za mało, nie wszystkie są na dobrym poziomie. Organizacje społeczne wiedzą, jak odpowiednio podejść do takich osób. Doskonałym przykładem jest ośrodek wsparcia Stowarzyszenia Otwarte Drzwi, który do niedawna działał w Wilanowie, a teraz funkcjonuje na Ursynowie. Dla mnie osoby pracujące bezpośrednio z osobami z rożnego rodzaju deficytami to jest grupa, którą najbardziej podziwiam. Dlatego się angażuję w to, bo ja nie mogę inaczej. Ja nie pójdę tam i nie zajmę się tymi osobami, bo nie wiem, może nie mam aż tego typu cierpliwości do tego, ani nie mam przygotowania. W związku z tym, jeżeli ktoś to robi, to moim obowiązkiem jest pomagać tak, jak potrafię.
Jak Pan myśli, czego my jako członkowie i członkinie Stowarzyszenia mogliśmy nauczyć się od Pana przez niemal 25 lat?
– Aż takie trudne pytanie? (śmiech). Moim zdaniem nasza relacja jest dwustronna, ale przepływ informacji, odbywa się raczej w jedną stronę. Nie sądzę, by członkowie Stowarzyszenia mogli ode mnie się czegoś nauczyć. Może gdyby zamierzali startować do Sejmu albo do Senatu, no to może moje doświadczenie byłoby pomocne, ale raczej odradzałbym im ten pomysł, ponieważ są świetni w tym, co robią i byłaby wielka szkoda, gdybyśmy zamiast realnej pomocy drugiemu człowiekowi zajęli się polityką.
Czego chciałby Pan życzyć całej społeczności Stowarzyszenia Otwarte Drzwi na kolejne lata działalności?
Przede wszystkim tego, czego życzy się na przykład lekarzom pracującym w pogotowiu – jak najmniej pracy, czyli żeby było jak najmniej osób potrzebujących. Żebyście zawsze dawali radę pomóc wszystkim, którzy tego potrzebują, Po drugie, żebyście w instytucjach samorządowych czy państwowych, we wszystkich MOPS-ach, OPS-ach i tak dalej, zawsze spotykali życzliwych ludzi – tam też są ludzie bardzo często wrażliwi, bardzo przejęci tą swoją pracą dlatego życzę Wam i im, abyście byli docenieni. Wszystkim po prostu chciałbym życzyć, żeby byli odpowiednio doceniani przez społeczeństwo. Ciągle robimy takie badania, które zawody są najbardziej potrzebne. W rankingach pojawiają się lekarze, nauczyciele, inżynierowie, a pracownik społeczny? Czy on tam w ogóle się pojawia? A ja właśnie chciałbym, żeby był ujęty w tych zestawieniach i pojawiał się na wysokim miejscu, ale to ja bym sobie tego bym życzył. Czego jeszcze Wam życzę? Żeby było jak najmniej problemów z posykiwaniem środków.
Na zakończenie tej rozmowy chciałbym Pana prosić o kilka skojarzeń, ewentualnie dokończenie jakiejś sentencji: „Bez barier?”
– Społeczeństwo.
Miłość?
-No to pójdę banałem, nie wyklucza.
Równość?
– Podstawa.
Lepszy świat?
– Trzeba o niego walczyć.
Otwarta drzwi?
– Tu nasuwa mi się ich kilka, ale wybiorę: Każdy może wejść.
Praga?
– Centrum mojego życia.
Jutro?
– Może być lepiej.