Był cenionym producentem telewizyjnym i współautorem przewodników kulinarnych, teraz razem z żoną korzysta z zasłużonego wypoczynku i często odwiedza warszawskie restauracje i bistra szukając dobrego smaku domowych dań. Pan Krzysztof stał się nie tylko stałym bywalcem, ale i przyjacielem całego zespołu Kuchni Czerwony Rower.
Pamięta pan, kiedy wraz z żoną przekroczyliście po raz pierwszy progi Kuchni Czerwony Rower?
– Kilka miesięcy temu trafiliśmy tu z żoną po raz pierwszy. Mamy już ponad 80 lat i wolny czas spędzamy na poszukiwaniu restauracji oferujących tradycyjne dania kuchni polskiej. Ktoś ze znajomych polecił nam to miejsce. Przyjechaliśmy do Czerwonego Roweru nie znając specyfiki tego lokalu i od razu oczarowała nas kuchnia i atmosfera oraz świadomość tego, ile ci ludzie robią dla całej społeczności osób wykluczonych. Sam jestem osobą niedowidzącą i doskonale wiem, jak to jest ważne. Jesteśmy z żoną bardzo samodzielni, pomagamy sobie nawzajem, ale kiedy jesteśmy w lokalu czy restauracji, to czujemy się niepewnie. Tutaj tej niepewności nie ma. Zaprzyjaźniliśmy się z pracownikami, zwłaszcza z moim kolegom, który nie widzi, tak jak ja. Atmosfera robi lokal, tutaj to się sprawdziło. Opiekunka tego „bałaganu” prowadzi go doskonale. Kucharz jest według mnie fenomenalny i oni są fenomenalni. Przed wydaniem książki sprawdziłem prawie 500 lokali i nikt nigdy nie wiedział, czym się zajmuję. To się zawsze sprawdzało, bo w innym przypadku można by podejrzewać, że kuchnia stara się bardziej. Tutaj zespół stara się dla każdego.
Co szczególnie poleca pan z menu rowerowego?
– Wszystko, co jadłem w tym miejscu jest pyszne. Zazwyczaj dowiaduję się z wyprzedzeniem, co zaserwuje kuchnia i wtedy z żoną odwiedzamy Czerwony Rower. Muszę jednak wspomnieć o rybie ze szpinakiem, która była naprawdę wyśmienita! Praktycznie nie miałem żadnego zastrzeżenia do dań, których tu spróbowałem. Nawet ziemniaki, które nakłada pani Weronika są fenomenalne! Tu wszystko jest świeże i to stanowi o ogromnej wartości – smaku i zapachu. Proszę zauważyć, zapach i atmosferę czuć tutaj od kiedy tylko się tu wejdzie.
Jak rozpoczęła się pana przygoda z gastronomią? Kiedy i w jakich okolicznościach pokochał pan jedzenie?
– To wyszło bardzo naturalnie. Dojdzie pan kiedyś, do takiego momentu w życiu, kiedy zatęskni pan za kuchnią babci. Ja tęskniłem i szukałem jej długo. Znalazłem takie smaki właśnie w Kuchni Czerwony Rower. Tu jest kuchnia mojej babci!
Dlaczego pani Weronika musi pana nazywać „dziadkiem”?
-Przedstawiłem się, kiedy pierwszy raz przekroczyliśmy próg tego lokalu. Pani Weronika też się przedstawiła. Zgodziliśmy się co do tego, że ma piękne imię, bo tak samo nazywała się moja babcia. Doszliśmy do konsensusu, że ja jestem dziadkiem, moja żona babcią, a pani Weronika, babcią Weroniką.
Jak często bywają państwo w Kuchni Czerwony Rower?
– Można powiedzieć, że karmią nas prawie codzienne, bo często zabieram jedzenie także na wynos. Ale do Czerwonego Roweru zaglądamy przynajmniej dwa razy w tygodniu.
Jest pan osobą niedowidzącą, jak wyobraża sobie pan nasze przedsiębiorstwo społeczne?
– Zwracam uwagę na wszystkie zapachy – szalenie istotny jest zapach jedzenia. Jedna nutka zła zepsuje całe danie. Tutaj nie ma zepsutych dań.